|
Obóz wędrowny: Bieszczady – Beskid Niski 03-16.08.2005
ŻYJEMY!!!! To nie żart... podczas dwóch tygodni
spędzonych na bieszczadzkich oraz beskidzkich szlakach „śmierć” nieraz zajrzała
nam w oczy. Obóz wędrowny większości z nas kojarzył się będzie z niezliczoną
ilością ekstremalnych sytuacji, z którymi na co dzień nie sposób się spotkać.
Zagrożenia były naprawdę realne: przecież PG mógł po prostu paść z przejedzenia,
natomiast rwący nurt podczas jednej z przepraw bez problemu porwał skarpetkę
Dzika, a już nawet nie chcę myśleć o konsekwencjach jakie mogły czekać na
nieszczęś Dla wielu z nas obóz wędrowny był prawdziwą lekcją (życia). Niektórzy z nas nauczyli się, że czasem warto nie komentować (tak tak Stefan), inni rzeczy bardziej praktycznych np. iż nie powinniśmy rzucać butów przez rzekę (tak tak Dziku), nie wspominając o tym, że wszyscy do perfekcji opanowali sztukę prania oraz suszenia swoich rzeczy w ekstremalnych warunkach, czyszczenia butów w ekspresowym tempie (warunki atmosferyczne nas nie rozpieszczały). Nie można zapomnieć o dyżurach gospodarczych, których specjały, przygotowywane w pocie czoła, za każdym razem miło łechtały nasze kubeczki smakowe. Smak żurku, czy też skrzydełek (tych przygotowanych na grillu) pozostanie na długo w naszej pamięci. Warto wspomnieć o kolacjach po godzinie 23 na których w parze z jedzeniem można było porozmawiać na wiele ciekawych tematów. Jak już turysta się najadł, to pora wyruszyć w trasę, bo przecież właśnie wspólne wędrówki były tym magnesem który przyciągnął nas w góry. Podczas najdłuższego odcinka całego obozu: Nowy Żmigród – Dukla odkryliśmy ze przez jeden dzień można dojść aż po horyzont! Oczywiście na każdym postoju podziwialiśmy malownicze krajobrazy, a najmilej chyba wszyscy wspominamy nasze popołudniowe drzemki na łąkach, gdzie słoneczko nie żałowało nam swych promyków a mrówki skutecznie nie dawały spokojnie poleżeć.
Dzięki taktyce Szefa podczas zdobywania Cergowej
mogliśmy choć trochę zapoznać smaku samotnej wędrówki po górach. Atmosfera,
która towarzyszy momentom kiedy przebywamy sam na sam ze sobą jest naprawdę
wyjątkowa. Myślę że ten zabieg (jak i cały obóz) „zaszczepił” w nas chęć do
rozwijania naszych turystycznych zainteresowań.
Na trasie czas umilały nam rozmowy, które niekiedy zahaczały o bardzo poważne tematy (szczególnie te z Juniorem były pouczające). Junior zresztą często pozwalał nam spojrzeć na dobrze znane nam problemy z zupełnie nowej strony. Na trasie nie brakowało momentów, gdy niektórzy przechodzili samych siebie (oprócz drogi), np. dziękując wszystkim za wszystko w formie śpiewu („Dziękczynienie”). Muzyka towarzyszyła nam przez cały obóz poczynając od piosenki z numerem pierwszym (Gogi zagraj nam coś ;D), poprzez śpiew przy akompaniamencie dwóch gitar w dukielskim schronisku wspólnie z łódzkimi turystami ( muzyka naprawdę łączy pokolenia), nie wolno nam zapomnieć o stacji PKP w Zagórzu gdzie również towarzyszyły nam (oraz przypadkowym osobom) nasze głosy. Oczywiście każdy wieczór mijał nam przy wspólnym muzykowaniu, co najmilej chyba wspominamy z kameralnej kuchni w Foluszu gdzie panował niepowtarzalny klimat, natomiast najgorzej wiodło nam się w Nowo-Żmigrodzkich pokojach „bez akustyki”. Myślę, że wiele z tych sytuacji pokazało nam, dlaczego tak duży nacisk kładziony jest na nasze umiejętności wokalno – słuchowo – rytmiczne (gratulacje dla Juniora za zdany celująco egzamin!).
Podczas naszego wędrowania mieliśmy okazję poznać
wiele interesujących osób. Jedną z nich był mieszkaniec Chyrowej, który uraczył
nas ciekawymi opowieściami na temat historii tej miejscowości. Kolejną z nich
był tajemniczy wędrowiec (o którym już wspominałem), czy też charyzmatyczny
ksiądz z Dukli. Po spotkaniu z tym ostatnim jesteśmy bogatsi o nowe historie,
którymi w przyszłości możemy straszyć dzieci nie chcące iść spać. Przez dwa tygodnie obcowaliśmy z przyrodą, mając możliwość obserowania kilku zagrożonych gatunków fauny i flory. Przykładem może być dzewięćsił, czy też czarne bociany które również są bardzo sporadycznie spotykane na naszym niebie. Jednak częstotliwość z jaką mogliśmy obserwować tego rzadkiego ptaka dawała nam złudzenie pospolitości jego występowania w naturze. Wszystkim nam brakuje tych niepowtarzalnych chwil jakie przeżyliśmy razem podczas wspólnie spędzonego wakacyjnego czasu. Na pewno nie był to czas stracony. Bardzo się ze sobą zżyliśmy. Każdy z nas wywiózł z gór coś co go zmieniło. Nocne rozmowy, takie o życiu i śmierci pozwalały nam zrozumieć siebie nawzajem, rankiem nikt jednak nie kwapił się do zrobienia jajecznicy....
Tego nam będzie brakować...
Łydzik & Stefan
|