Obóz zimowy – Beskid Niski

2007

 

 
"Pełna galeria z obozu"

 



„I był Beskid i były słowa zanurzone po pępki w cerkwi baniach…”, i było siedmioro wspaniałych w krainie gdzie buk się złoci i zieleni, i był błogosławiony czas sześciu dni i nocy spędzony u podnóża śpiącej Cergowej na Ziemi św. Jana z Dukli. „Zły początek dobry koniec..” jak mawiają rdzenni dukliczanie, lecz pierwszy w historii „Wszędo” wyjazd zimowo wędrowny pod żadnym pozorem złym nie był. Nie brakowało niczego – adrenaliny, przygód, nocnego śpiewania i bajdurzenia, rozmów z cyklu o życiu śmierci, oraz o tym jakby się jechało tirem z otrębami. Nie zabrakło również mafijnych porachunków, wizyt w sklepie w krótkich spodenkach wieczorową porą, znaków zapytania w oczach kierowców PKSu, nieprzewidzianych sytuacji, pięknych widoków, drewnianych świątyń z niezwykle bujną przeszłością. Jedyne czego było nam ciągle mało w Beskidzie dukielskim to czas.. ("Czas goni nas, goni nas, Goni nas, goni nas cały czas…”). Teraz mało nam jest gór, ale mamy nadzieje że tylko do następnego wyjazdu.

Początek wyprawy dostarczył nam nie lada wrażeń, podróż była aż za bardzo ekscytującą. Trasa Lublin Krosno Dukla zajęła nam całą noc. W Dukli byliśmy około godziny 8 rano. W drzwiach schroniska przywitał nas człowiek o naprawdę szczodrym sercu – opiekun dukielskiego schroniska pan Kazimierz Patla (któremu ogromnie dziękujemy za wszystko i którego serdecznie pozdrawiamy). Po pertraktacjach nad mapą dnia pierwszego Maro czyli szef wszystkich szefów zdecydował o tym abyśmy ruszyli się na lekką przebierkę. Wędrowaliśmy szlakiem imienia „Pana z sexownie rozpiętą koszulą” ;). Po krótkiej wizycie przy źródełku św. Jana wróciliśmy do schroniska. Dzień niedzielny był akcją „Cergowa” autor przewodnika porównując ją do leżącego konia wykazał się ewidentnie bujną wyobraźnią (swoją drogą musiał mieć iście kudłate myśli..). Wejście na szczyt jeden z najbardziej charakterystycznych charakterystycznych Beskidzie niskim zaowocowało naszym wpisem w księdze „zdobywców”. Wyglądało to mniej więcej więcej następujący sposób: każdy z nas przedstawiał swój plan na to jak ów wpis ma wyglądać, a Ania W. ubrała myśli wszystkich w poetycką całość. Zgodnie z powiedzeniem, iż sukces ma wielu ojców… „a w Beskidzie rozzłocony buk zimą, my chodzimy Bukowiną, niczym dzika kotka na koniu, jak mawiają miejscowi rdzenni dukliczanie zły początek dobry koniec, bez większego sensu wpisało się siedmioro wspaniałych zdobywców dukielskich szczytów! KT Wszędołaz, turystyka to nasza pasja, ciągle w drodze, wiecznie w mokrych burach przemarznięte grzejemy dłonie!” ..do dziś dzień jesteśmy dumni i pełni podziwu co do naszych złączonych sił literackich (po cichu liczymy na jakąś NIKE). Po wizycie w Zawadce Rymanowskiej i odwiedzinach odwiedzinach chatce lubelskiego SKPB wróciliśmy w mury schroniska.

Wędrówka kolejnego dnia (niestety bez Ledzia, który wyruszył na podbój uczelni-egzamin i sesja) kosztowała nas sporo zdrowia (wczesna pobudka). Na całe szczęście cerkwie w Kotani, Świątkowej Małej i Świątkowej Wielkiej wynagrodziły nam wszelkie trudy. Malowniczo położone pomiędzy powoli zieleniejącymi pagórkami kopuły to widok dla którego warto było wstać o 5 rano. Wieczorem miła niespodzianka – wizyta Szefa i Oli, którzy przyjechali do nas z Krosna. Przy mandarynkach ciastkach i innych przybytkach kulinarnych spędziliśmy miły czas na szczerych rozmowach oraz wspólnej piosence. Wtorkowy poranek upłynął pod czasem oczekiwania na naszych współtowarzyszy dukielskiej doli Ledzia i Madzi (która dzielnie zdecydowała się do nas dołączyć). Kiedy dotarli zrealizowaliśmy nasz wcześniej ustalony plan (stworzony zgodnie z regułą perspektywicznego myślenia), który nosił kryptonim „wizyta w krainie cyganów i prażonego sera”. Na Słowacji było bardzo miło, niestety tylko do czasu gdy trzeba było w ciemnym głuchym lesie wśród pohukiwaniu sów szukać szlaku ;). Na szczęście Ledzio wraz ze swoim niezawodnym sprzętem.. (GPS oczywiście) dał radę i wyprowadził nas nie na manowce a do Barwinka. Niestety ten dzień był ostatnim w dukielskim raju dla Dzika i Wścieklizny. Pożegnaliśmy je z wieczora, wcześniej rozegrawszy liczne partie mafii przy akompaniamencie gitary.

Środa była dla nas kolejną wyprawą na Słowację, którą wspominamy również bardzo mile. Wieczorny spacer granicą dostarczył nam wielu wspomnień (i ten błędny wzrok celnika kiedy ze Słowackiej strony przyszliśmy się spytać czy możemy iść na Słowację). Ostatni wieczór upłynął prawie wszystkim przy biesiadowaniu do 4 rano, natomiast już o 10 musieliśmy pożegnać malowniczy budynek przy rynku galicyjskiego miasteczka jakim niewątpliwie jest Dukla. Podróż powrotna minęła bez jakichkolwiek ekscesów. Poza naszym zaskoczeniem gdy z ciepłych słonecznych gór przenieśliśmy się w lubelską śnieżną rzeczywistość niezwykle mroźną rzeczywistość.

Ogromne podziękowania dla wariackiej ekipy:
Sylwii – za kanarkowośc kurtki, chłodną ocenę sytuacji i niezliczoną ilość kłótni
Kasi – za krakowski uśmiech,
Ani – za fotel w pniu drzewa, sto tysięcy pomysłów i za to ze była policjantem
Izie – za to ze w końcu poznała Bukowinę, za cierpliwość w nauce
Madzi – za odwagę przyjazdu ;) , za ogrom sił i energii
Marowi – za czasowstrzymywanie, za pośpiech, za to że był dla nas elementem napędowym
Marcinowi – za GPSa, za sprawdzanie rozkładu w Krośnie, za to że wrócił do nas z egzaminu


I po prostu za to ze byliście.. tak niewiele, a tak ogromnie dużo..



Łyda

[ powrót ]