Z plecakiem w Bieszczady



    Przyznam, że nad decyzją o zapisie na obóz wędrowny myślałam bardzo długo. Szczerze mówiąc po prostu się bałam chociaż bardzo lubię góry, to mimo wszystko nie jestem przyzwyczajona do wędrówki przez cały dzień, zwłaszcza z ponad 10-kilogramowym plecakiem. Jednak w końcu zgodziłam się na wyjazd, do czego gorąco namawiała mnie moja koleżanka. Po spotkaniu organizacyjnym, z naszą kadrą czyli Panem Wojciechem Girgusiem i Jackiem Kluczykiem, strach nas ogarnął zwłaszcza na myśl o samodzielnym gotowaniu i ilości rzeczy, jakie musimy wziąć ze sobą. Głupio nam jednak było wycofać się w ostatniej chwili, dlatego żadna z nas tego nie zrobiła.
    Kiedy pojawiłam się na dworcu z gigantycznym plecakiem wśród prawie nieznajomych ludzi, pomyślałam, że to może jednak naprawdę nie był najlepszy pomysł na spędzenie 2 tygodni wakacji. Szybko jednak zaczęło mi się podobać. Wszystko, czego tak bardzo się bałam, w rzeczywistości nie było w ogóle straszne. Wędrowaliśmy przez większą część dnia , ale nikt nie czołgał się ze zmęczenia. Można poza jednym dniem kiedy to w strasznym upale przeszliśmy naprawdę dużo: z Komańczy przez Chryszczatą, przełęcz Żebrak do Jabłonek. Tylko wtedy wszyscy byli okrutnie zmęczeni i jęczeli z bólu i głodu. Jednak zazwyczaj po dojściu do schroniska każdy miał jeszcze wystarczająco dużo siły, aby wziąć prysznic i pograć w siatkówkę.
    Dyżur gospodarczy to kolejna rzeczywistość obozowa, która budziła moje uzasadnione obawy. Moje umiejętności kulinarne są żadne, ale nawet to nie okazało się problemem. Każdy sobie spokojnie radził z przygotowaniem posiłków, które okazywały się całkiem zjadliwe. No i, niestety, z planów zrzucenia paru kilogramów nic nie wyszło.
    Na warunki w schroniskach również nikt nie narzekał. Pomimo że czasem brakowało ciepłej wody, a łóżka też nie należały do najwygodniejszych, to i tak sen przychodził bardzo szybko. Nie powstrzymywał go nawet zimny prysznic. Poza tym zimna woda dobrze wpływa na cerę.
    Do tego wszystkiego należy jeszcze dołączyć naprawdę miłą atmosferę jaka panowała na obozie. Z większościš ludzi spotkałam się po raz pierwszy i mimo że na początku było trochę sztywno, to jednak wszyscy szybko się rozkręcili. Poznałam tam wiele fantastycznych osób, z którymi utrzymuję kontakt do dziś.

    No i na dodatek miejsce. W Bieszczadach byłam już wcześniej cztery razy, jednak większość tras, którymi wędrowaliśmy w tym roku była dla mnie całkowicie nowa. Oprócz licznych szlaków zwiedziliśmy tak że wiele ciekawych miejsc jak np. muzeum Andy Worhola na Słowacji czy galerię Beksińskiego w Sanoku, nie wspomnę już o poznanych ciekawych ludziach i klimacie wspólnego śpiewania.
    Dwa tygodnie wakacji, pomimo wcześniejszych obaw spędziłam naprawdę wspaniale. Poznałam wielu nowych ludzi, a także przeżyłam wiele miłych chwil. A w nadchodzące wakacje wybiorę się znowu, tylko gdzie tym razem nas poniesie?

Basia Pikula


[ powrót ]