|
"Ktoś mówił, że z gliny ulepił mnie Pan, lecz przecież się składam z kości i z krwi, z kości i z krwi ,z jarzma na kark i z pary rąk, pary silnych rąk...." co udowodniliśmy w pierwszych minutach spływu kajakowego KRUTYNIĄ, kiedy to
ochrzciła nas burza. Dzięki szybkiej reakcji naszego wspaniałego Krzysia (ratownika) po raz kolejny wpisaliśmy się w historię Klubu "WSZĘDOŁAZ" jako dzielne misie, które mimo niezłej dawki
adrenaliny, stworzyły zgrany zespół (tratwę bezpieczeństwa). Para silnych rąk przydała się w podtrzymywaniu tempa
przodującego kajaka Szefa i Ledzia oraz do wbijania namiotowego śLedzia.
Dla niektórych (np. nas) był to pierwszy wakacyjny wyjazd z klubem; byli też i "klubowi weterani". Sposobnością do "warczenia"" i podniebieniowego podziwu była na spływie działalność codziennych Dyżurów Gospodarczych-fasolka z majerankiem, rosół z majerankiem, majeranek z gołąbkami, majeranek z kawą, kisielem.....Hmm, wystarczy dziś tylko otworzyć opakowanie tej przyprawy, by kubki smakowe "odkurzyły" w pamięci wrażenia ze spływu! Do domów przywieźliśmy zwyczaj nierozpoczynania
posiłku bez legendarnego już "Smacznego" z ust Szefa. Często kazał nam On dłuuugo na nie czekać. O uczty ducha zaś dbał niezawodny Padre (poza spływem ,zaprzyjaźniony z Klubem, ksiądz Maciej). O ile wspominany wyżej Krzysio ratował nas z opresji "na wodzie", o tyle Padre'go śmiało możnaby nazwać Lądowym Ratownikiem Duchowym. Poza tym zaskakiwał wszystkich egzotycznymi frykasami, podawanymi dyskretnie(?) na wiośle.Przedwyjazdowe obawy
naszego Klubu podołała zarówno na taflach kilkunastometrowych (wgłąb) jezior, jak i na urokliwych rzeczkach, głębokich po kostki. Ach, przy okazji, ukłony dla Maćka, który brodził niekiedy, holując parkujące w poprzek kajaki. Jeden z nich, o bardzo wyjątkowej załodze, próbował szukać skrótów, co każdorazowo kończyło się w trzcinach. Wrażeń na trasie dostarczały często naturalne przeszkody rzeczne.
Przyszło nam meandrować między powalonymi "burzowo" konarami drzew, drewnianymi mostkami i drapiącymi w podwozie głazami. Męska partia wyprawy miewała utarczki z rozkosznymi mieszkańcami Krutyni, łabądkami, które broniły hardo swe liczne rodziny.Gdy kabiny prysznicowe drożały z dnia na dzień o przysłowiowe "pińć złoty" trzeba było zadowolić się rzeką z wodorostowym hydromasażem.Każdy kolejny dzień na spływie rozpoczynaliśmy od hymnu kajakarzy.
Od tej pory plusk wody towarzyszył nam przez większą część doby (jeśli nie również w snach). Mimo drobnych zmian korekcyjnych w załogach poszczególnych kajaków, zgrane duety po kilku odcinkach porozumiewały się już bez słów, co do manewrów hamowania, skręcania, przyspieszania i podtrzymywania rytmu Grupy.Pewnego popołudnia przed dziobami naszych kajaków ujrzeliśmy krainę "Alkos" koło Ukty, która w sposób magiczny i niezapomniany pobudzała zmysły artystycznej części ekipy (fotografia, poezja, freestyle, szachy itd...). Apropos szachów, dzięki Krzysiowi (zapalonemu szachiście) każdy mógł doszkolić swój warsztat gry, podczas licznych pojedynków. Krzysio nigdy nie miał dość, dlatego każda pora dnia i nocy była dla niego odpowiednia by je toczyć. Mimo wysiłków nikomu nie udało się go pokonać-zaMATować. Jednak żadna zabawa nie zastąpi wspaniałych ognisk przy gitarach, grzechotce i...
głośnym śpiewie Wszedołazów, który jest naszą wizytówką. Kilkakrotnie się przekonaliśmy, że MUZYKA ŁĄCZY POKOJOWO POKOLENIA i sprawia, że czujemy się wyjątkowi. Jednocześnie emanowała z nas RADOŚĆ ŻYCIA, która skupiała wokół nas przyjaźnie zaciekawionych słuchaczy i kompanów. Podczas tych niezapomnianych wieczorów pojęliśmy upór Sora, który zawsze przywiązywał dużą wagę do śpiewników i nas-śpiewających. Niekiedy nasze muzyczne spotkania odbywały się w dość nietypowych miejscach tj: pomost ( z kochanymi komarami ), stoliki przy zamkniętych knajpach, albo bez ogniska (bo koszt rozpalenia wynosił 25 PLN).Kadra wraz z "weteranami" zechciała po raz ostatni przetestować młodą drużynę, czego wynikiem był Chrzest Kajakarzy, pomyślnie zakończony wręczeniem nam Świadectwa Chrztu przez cyt. "dyplomowanych kajakarzy, trzymających władzę". Zabawa była przednia (tym lepsza dla organizatorów), czego dowodem są zdjecia zamieszczone pod koniec galerii. Sorkwity, Babięta, Spychowo( to od Juranda ), Zgon, Krutyń, Ukta, Nowy Most, Ruciane - Nida... to tylko niektóre miejscowości na trasie, które odwiedziliśmy. Uwieńczeniem naszego spływu było przeforsowanie ŚLUZY "GUZIANKA". Na ostatnim przystanku SZEF dał nam tak zwany CZAS WOLNY, który wykorzystaliśmy na rozrywkę w Rucianym . Pozwoliło nam to zapomnieć (choć na chwilkę) o smutnym pożegnaniu z Padre i Krzysiem, którzy musieli nas wcześniej opuścić... Kończąc oddawanie głosu naszej garstce wspomnień, aż chciałoby się zaśpiewać z prognozą na przyszły sezon wakacyjny, spędzony z KT "Wszędołaz": "Siemasz, witam Cię! Piękną sprawę mam! DAD Pakuj bety swe i jedź ze mną tam! DAD Rzuć kłopotów stos- no nie wykręcaj się, GDAD Całuj wszystko w nos GD Osobowym drugą klasą przejedziemy się! A Na Mazury!Mazury!Mazury! DGD Popływamy kajakiem z tektury!" D A D Kadrze i kompanom należy się DZIĘKCZYNIENIE: • Szefowi - za wyjazd (zbyt ogólnie?!) ; "wielkie Ci dzięki za Twoje piosenki", opiekę, majeranek, warrrrrrrczenie nie bez powodu, przydatne ukierunkowania, przewodnictwo, kołysanki dla misiaków i za doczekane "Smacznego". • Padre - za obecność, za bogatą liturgię w skromnych warunkach na łonie natury, za pomysłowość ołtarza, frykasy na wiośle i w szczególności, za ciepłe słowa w indywidualnych rozmowach. • Krzysiowi Ratownikowi - za chęć pobytu, za zaufanie i cierpliwość, za gotowość do wskoczenia do wody dla ratowania naszego życia i nieograniczona sympatię. • Ledziowi - za to, że dotarł i nie chrapał, za podtrzymanie warty przy przyczepie z jedzeniem, za kadrowanie zastępcze. • Kubusiowi - za poczucie humoru, pomoc przy rozbijaniu namiotu, za wtórowanie Ratownikowi w pilnowaniu bezpieczeństwa. • Asi Saran - za zatrzymanie pozytywnych chwil na negatywie, za Faktor 60, udobruchiwanie Szefa w trudnych momentach, przydatne uwagi. • Krzysiowi SzachMatowi - za turnieje szachowe, pozmywanie menaszek, promienny uśmiech przy wyprzedzaniu jego kajaka. • Kasi i Grzesiowi - za uśmiech i wiosłowanie bez marudzenia, za śpiew i miłe słowa. • Mikowi, Brycowi i Maćkowi - za lovedżojowanie !!!za freestyleowanie, za przeogroooomne poczucie humoru, Maćkowi za ratowanie z opresji na rzece, Brycowi za szlachetne wiosłowanie w pojedynkę, gdy Gumie spuchł biceps i za pomoc ofiarom wypadku (podał ręcznik i worek foliowy), za wiecznie uśmiechnięte twarze i przyjacielską pomoc!!! • Marynie i Tomkowi - za umilanie wiosłowania swoim śpiewem! Za ich niekończący się śmiech i miły obrazek zgodnego rodzeństwa, jaki stworzyli. • Dzikowi Dudzie - za pomoc przy napisaniu tego artykułu, za humor i przyjazną dłoń w każdej sytuacji.!DZIĘX! • Dzikowi Gumie - za powyższe i pomoc w napisaniu tych słów i za caałe dobro. Kasia Duda & Aldona Gumienniak |