ROZTOCZE POŁUDNIOWE
Bełżec - Huta Lubycka - Werchrata - Dahany - Wola Wielka - Pizuny - Narol - Paary - Susiec
XXII Rajd Pogranicza 9-11.11.2002
Uczestnicy:

Walczak Sylwia
Kazubek Krzysztof
Kazubek Tomasz
Wilgat Maria
Adam Kondrakiewicz
Daniel Radej
Kluczyk Jacek
Frączek Ewa
Szabatowski Bartłomiej

Kadra:

Kornet Wojciech
Girguś Wojciech

"Pełna galeria z wyprawy"




   9 listopada, godzina 7 rano. Przed głównym dworcem PKS stoi kilka osób z wielkimi plecakami. Stopniowo grupa powiększa się aż do 12 osób. Po przegrupowaniu się i uzbrojeniu się w plecaki, ruszamy w kierunku autobusu. Właśnie czekaliśmy na peronie, kiedy, wracajšc z kasy, Szef powiedział, abysmy ruszyli za nim do transportera - autobusu stojącego w zacisznym oddaleniu dworcowego zgiełku. Sprzęt wylšdował pod pokładem, a my, rozsiadając się wygodnie w fotelach, czekaliśmy na odjazd, bacznie przyglądając się jakieją kobiecie, która została wyrzucona ze słowami:

Zaraz podjadę na stanowisko numer 15! Proszę wyjść!
Ale przecież tamtych pan wpuścił! - narzucała się.
To rodzina!
Ach! - wyrzuciła z siebie, robiąc minę, jakby zobaczyła ducha w ciąży.

   Po trzech godzinach jazdy dotarliśmy do Bełżca. Po rozdzieleniu prowiantu i niektórych sprzętów obozowych Szef daje komendę: "Gotowi? W buty!". I tak się zaczęło. Posłuszni rozkazom dowódcy i z ochoczymi sercami ruszyliśmy, dostawiając jedną nogę do drugiej nogi, a po pewnym czasie lewą mokrą skarpetkę do prawej mokrej skarpetki. No i tak dostawialiśmy mijajšc Bełżec, Brzeziny Bełżeckie,..., Hutę Lubycką, pokonujšc czerwony, niebieski,... i zielony szlak. Lawirując pomiędzy sosnami, dębami,..., świerkami. Odginajšc co grubsze gałęzie leszczyn, malin,... i innych chwastów, pokonując wzniesienia, doły,..., rowy przeciwczołgowe, widząc kościoły,..., szkoło-sklepo-remizę straży (3 w 1). Aż w końcu o zmierzchu dotarliśmy do Werchrachty, gdzie umiejscowił się biały, duży budynek z łazienką, jadalnią, prysznicami i pokojami sypialnymi. Godziny przed snem wypełniliśmy między innymi: śpiewem, grš w szachy, żonglowaniem. Tego wieczora miała również miejsce seria partii szachowych pomiędzy Adamem K. a Krzysiem K., zakończona wynikiem odpowiednio: x : nx, gdzie x=1, n ok. 10. W nocy mieliśmy okazję do wysłuchania wykładu śpiącego profesora Bartka Sz. o programowaniu w Turbo Pascalu.
   Nadszedł kolejny cudowny dzień z przepięknymi białymi płatkami śniegu spadającymi prosto w oczy. Poranna wizyta w toalecie odbyła się przy, o dziwo, ciepłej wodzie, choć do wyboru mieliśmy także tę cudownie orzeźwiającš z drugiego kurka (w nocnej temperaturze pokojowej T=0). Był to dzień rocznicy urodzin Szefa, więc przy śniadaniu złożyliśmy mu życzenia. Po Mszy św. wyruszylismy w teren.
   Dzień ten okazał się pamiętny z trzech powodów. Powód pierwszy. W bunkrze przeciwczołgowym na krótką chwilę schroniliśmy się przed białymi pociskami, którymi obficie ostrzeliwało nas niebo. Na całe szczęście cała brygada przeżyła ostrzał pogody (czynnik atmosferyczny mogący utrudnić, a nawet przeszkodzić w wykonaniu operacji wymagającej przemieszczenia się oddziałów). Kto by pomyślał, że 50-letni bunkier może jeszcze tak dobrze służyć piechocie? Potem w pośpiechu zdobyliśmy szczyt Wielki Dział. Powód drugi. W oddali, na wprost przed nami, usłyszelismy kilka pojedynczych strzałów karabinowych. Mimo to niewzruszenie szliśmy dalej. Po upływie pół godziny zobaczyliśmy grupkę myśliwych stojących nad dwoma martwymi zwierzętami. Jeden z nich grał "pożegnanie dzika". W milczeniu wysłuchaliśmy dźwięków muzyki ku czci poległych, po czym poszliśmy dalej przez Jacków Ogród do Pizun, po drodze zbaczając na chwilę z trasy, aby zahaczyć o Wolę Wielką. Tam podziwialiśmy piękną, XVI wieczną cerkiew. Była to świątynia, która mimo piętna pozostawionego przez czas nadal wygląda okazale, choć wyraźnie chyli się ku upadkowi. Po jej obejrzeniu udaliśmy się w dalszą wędrówkę. Zapadał już zmrok, a my mieliśmy do przejścia jeszcze parę kilometrów. Powód trzeci. W Jędrzejówce nasz dowódca: Wojciech Girguś spytał o drogę kogoś mieszkającego w budynku przy drodze. Poszliśmy we wskazanym kierunku. Po kilku kilometrach zatrzymaliśmy jadący z naprzeciwka samochód. Kierowca powiedział, że aby dojąć do miejsca noclegu, musimy zawrócić. W tym momencie przypomniała mi się pewna historyjka: Facet jedzie samochodem. Zabłądził i zapytał o drogę sprzedawcę hot-dogów. Ten odpowiedział, że kilka lat temu też zabłądził, i wtedy właśnie założył tą właśnie budkę. Następnego dnia są już dwie budki - jedna z hot-dogami, a druga z napojami. Tak więc około godziny 18 zmęczeni docieramy do szkoły w Narolu, gdzie po kolacji i rozerwaniu się idziemy spać.
   Następnego dnia wyczerpana pogoda dała nam spokój, a my pełni sił żałowaliśmy braku możliwości zmierzenia się z nią po raz kolejny. Drugi opiekun - Wojtek - już drugi dzień zmagał się z kontuzjš kolana. Minęliśmy Narol Wieś z równej szosy zeszliśmy na bagnistą polnš drogę, którą, ześlizgując się do licznych kałuż, doszliśmy do lasu. Ogromne kałuże ( z definicji wojskowej: niewielkie przeszkody wodne bez większego znaczenia taktycznego) utrudniały marsz. W trakcie wędrówki pokonaliśmy kilka niewielkich, płynących zbiorników wodnych, jakimi były: rzeka Tanew i Jeleń. Powoli dochodziliśmy do celu naszej podróży, którym był Susiec. Po przejściu przez tory i przedarciu się przez tamtejszy letni ośrodek wypoczynkowy, znaleźliśmy się na stacji PKP. Do odjazdu pociągu mieliśmy jeszcze około dwóch godzin, które spędziliśmy na ćwiczeniu karate pod czujnym okiem mistrza Adama (już wkrótce ma zdawać na żółty pas). O 1641 przyjechał pociąg, który dowiózł nas do Lublina około 20.00. I tak oto 11 listopada mały oddział turystycznej, nie zmechanizowanej piechoty kończy rajd w swojej bazie wypadowej.

   Cel misji: osiągnięto. Obecność wroga: bezpośrednio nie stwierdzono Straty własne oddziału: brak Uwagi: każdy uczestnik ukończył rajd zadowolony i w posiadaniu dwóch odcisków (po 10 cm2 na stopę).


[ powrót ]