Poleski Park Narodowy
27-28.03.2004
Uczestnicy:

Barbara Pikula
Bodziuch Iwona
Paweł Goguł
Daniel Radej
Olga Janocińska
Mikołaj Kosyra
Katarzyna Duda
Marta Nóżka
Gumienniak Aldona

Kadra:

Wojciech Girguś
Mirosław Piotr




 

    Doskonale pamiętam te dni, to był mój pierwszy raz...Ten pierwszy raz na dwudniowym rajdzie. Jak na dobrych turystów przystało wstaliśmy bladym świtem i już o 7.00 zwarte i pełne energii misie zapakowały się w całkiem, całkiem wygodny autobus, który błyskawicznie zawiózł nas do Urszulina. Standardowo pierwszym punktem wyprawy była organizacja prowiantu - oj bez niego ani rusz! Szybkim tempem do kwatery, chwila przygotowań. No i teraz "komu w drogę... Jako że wyprawa miała charakter edukacyjny niezbędny był przewodnik. Tym razem towarzyszył nam pan Arek Iwaniuk (pracownik PPN). Dzięki niemu praktyka obserwacji świetnie zgrała się z teoria i z pewnością zostanie na długo. Trasa, którą opracował Szef wraz z przewodnikiem miała podobno charakter symboliczny, taka mała rozgrzewka, bo czymże jest jedyne 30 km? Marsz rozpoczęliśmy z Urszulina. Przeróżne drogi i dróżki wiodły nas przez Andrzejów, Zastawie. Nie ominęliśmy też słynnego Bagna Bubnow i Wincencina. Krowie Bagno (nazwa mocno zwodnicza) mimo obaw nie pochłonęło nikogo. Choć zmęczenie zaczynało dawać się we znaki, nikt nie poddał się i nie poległ. Piękno okolicznych widoków było skuteczną mobilizacja do dalszej wędrówki. Za kadrą przywódczą podążyliśmy żwawo w kierunku Łowiszowa i kolejnego bagna-tym razem Wąskiego. Trud jak to zwykle bywa zawsze się opłaca. I tym razem nie było inaczej. Wielka frajdę sprawiło nam całkiem bliskie "spotkanie" z łosiem. Zwierze najwyraźniej poczuło sympatie do "wszędolazacych", bo los ku naszemu zdziwieniu stal spokojnie i pewnie pozwalając nawet na kilka fotek. Nie przesądzę stwierdzając, ze każdy krok znaczył nowe atrakcje. Na trasie spotykaliśmy sarny, zajšce, gęsi zbożowe, bociany, żurawie... Bogata i barwna sceneria PPN zachwycała
nas coraz bardziej, a tu niestety pora wracać (szkoda, że dzień jest taki krotki). Niebawem spocone i brudne misie czekały w kolejce pod prysznic by w przyzwoitym stanie zasiąść do stołu. A co tym razem w menu "gospodarczego"? Hmmm - jak zwykle same pyszności. Nikt nie zaprzeczy, że po tylu kilometrach fasolka o bliżej nieokreślonym kolorze i diabelsko pikantnym smaku nie jest przepyszna .Po kolacji syte, wymęczone ale zadowolone misie wyruszyły na ognisko. Ognisko jak toognisko-kielbaski, gitara i oczywiście obowiązkowe śpiewniki. Wszystko co dobre szybko się kończy. Przed północą po śmiechach i pogaduchach grzeczne misie śpią już smacznie. - Jutro przecież tez jest dzień!
    A co w tym dniu? równie ciekawa wędrówka przez Babsk i Michałów. Choć troszkę popadało, powiało i pośnieżylo do Lublina wróciliśmy bez poślizgu.


[ powrót ]