|
Iwona Bodziuch Barbara Pikula Olga Janocińska Paweł Goguł Karol Łyda Patryk Siwicki Katarzyna Duda Darek Kluczyk Kadra: Jacek Kluczyk Wojciech Girguś Pierwotnie rajd miał odbyć się w długi listopadowy weekend, oraz biec trasą, po Roztoczu Południowym, lecz nagła i niespodziewana grypa Szefa przymusowo przełożyła rajd na kolejne tygodnie tegoż miesiąca. Piątek - nagły atak zimy, największe opady od lat i... panika wśród uczestników (oczywiście nie wszystkich). Jacek, nasz II opiekun, studiujący w Warszawie chciał spokojnie do nas dojechać, lecz dezorganizacja służb porządkowych doprowadziły do "drobnego" opóźnienia w wyniku którego dojechał dopiero po 12 godzinach jazdy w nocy i tak naprawdę pod znakiem zapytania stało to czy zdąży na dworzec.Na szczęście dla uczestników wszystko skończyło się dobrze. Jacek doszedł, a właściwie dobiegł do nas wraz z bratem co było równoznaczne z odbyciem się rajdu. Przewidywaliśmy, że szykuje się prawdziwy extrem. Jak się później okazało słusznie. W oczekiwaniu na pociąg "Roztocze", po wymianie kilku słów okazało się, iż większość z nas musiała stawić czoła problemom w domu aby namówić rodziców na zgodę na ten wyjazd właśnie w taką pogodę (niestety niektórzy bezskutecznie). Lecz czy byle półmetrowy opad śniegu, zasypana trasa, oraz inne przeciwności losu (o których dowiecie się w dalszej części) mogły pokrzyżować plany dzielnym, mężnym i odważnym "Wszędołazom" w asyście równie mężnych braci z rodu Kluczyków - Darka i Jacka? Odpowiedź jest prosta NIE! W związku z tymi okolicznościami nasza skromna bo dziewięcioosobowa grupa "załadowała się" do tegoż pociągu który przyjechał punktualnie ( co dość dziwne patrząc na cały rajd...). Po zapoznaniu się z instrukcją wchodzenia do pociągu zajęliśmy dwa przedziały w swoim pobliżu i ruszyliśmy w trasę. Już na początku naszej drogi zaraz po wyjeździe z Lublina, po tym gdy z trudem władowaliśmy plecaki na samą górę grupa stwierdziła, iż jest głodna a więc owe plecaki trzeba było ściągnąć... Skoro już mowa o jedzeniu to należą się olbrzymie podziękowania dla babci Swayziego która dała nam takie zaopatrzenie że każdy sklep na Roztoczu chowa się ze swoim asortymentem. Wszyscy do dziś czujemy smak tej karkówki, miło go wspominając. Nienormalności zaczęły się już w Rejowcu gdzie przemiły konduktor z brodą wąsem oraz kolczykiem w uchu (pozdrowienia dla pana konduktora) przepędził wszystkich do innego pociągu aby się przesiedli z do dziś niewiadomego powodu. Oczywiście grzeczne Wszędołazy szybko znalazły się w odpowiednim miejscu i obserwując pasażerów pijących w pociągu obok piwo, wsłuchując się w odgłos stukotu kół odjechaliśmy w siną dal dzikiego Roztocza...
Dojechaliśmy do naszej końcowej stacji - Zwierzyńca. Pamiątkowe zdjęcie przy drogowskazie naszej całej grupki i "w buty". Warto wspomnieć iż Gogułek przez jakieś 30 - 40 minut drogi męczył się ze swoimi ochraniaczami. Jego trudy zostały uwieńczone sukcesem pod sklepem ( drugim bo jak stwierdził Szef w pierwszym moglibyśmy coś kupić gdybyśmy chcieli wina, więc go ominęliśmy szerokim łukiem).
Po zakupie odpowiednich towarów (głównie majeranek chleb i pulpety) i po rozdaniu uczestnikom zakupionego prowiantu do plecaków ruszyliśmy w dalsza trasę. Oczywiście trasę umilały nam sesje zdjęciowe Gogiego oraz Patryka którzy uwielbiają pstrykać foty (szczególnie aparatem Basi, przez co drugiego dnia zabrakło nam już baterii). Zaraz za Sochami szlak poprowadził nas w las. Tu zrobiliśmy sobie postój (właściwie to Szef zarządził po tym jak zobaczył godzinę). Co prawda miejsce było niezbyt wygodne i prędzej nadawałoby się na skocznie narciarską niż na chwilkę odpoczynku... No i po momencie wytchnienia znów "w buty". Mijając cudownie ośnieżone lasy robiąc olbrzymią ilość zdjęć powoli aczkolwiek w miłej atmosferze zbliżaliśmy się ku naszemu schronieniu. Kolejny postój - Florianka.
Gdy kazano nam się dobrać w pary przerażony Dzik stwierdził iż takowej nie ma na co po krótkiej chwili odparł rezolutnie ze musi sobie znaleźć odyńca ( będzie trudno biorąc pod uwagę wiersz Brzechwy). Pod koniec trasy Szef pokazał nam jeszcze Płaczący Kamień. Zboczyliśmy trochę ze szlaku aby posmakować wędrówki na wietrze. "Górzysty" teren łąk oraz pól - to jest to ... Zmarznięci, gdzieniegdzie oblepieni śniegiem, strudzeni (choć nie za bardzo bo przecież wszyscy jesteśmy twardzi) dotarliśmy do naszego miejsca noclegowego.W schronisku pierwszym poleceniem oczywiście było zdjęcie i ustawienie butów ( w porządku alfabetycznym!). Każdy szybko znalazł swój kącik na sali gimnastycznej, Szef oczywiście poprzydzielał obowiązki. Kiedy już wszystkie mokre rzeczy porozwieszaliśmy na kaloryferach uznaliśmy że są dwie priorytetowe sprawy, najeść się i napić się cieplutkiej herbaty.
Więc herbatka i pyszny rosołek "nadziewany" kluskami. Po zupie przyszedł czas na kolejną porcję herbaty a po niej pulpety z ogromną dawką przypraw i maraton śpiewu. Co chwila ktoś chodził robić kolejne porcje herbaty. Chwilami niektórzy odrywali się żeby porzucać do kosza. Później Kaśka wymyśliła, iż można zorganizować konkurs pantomimy (w którym brała udział tylko jedna osoba - Karol).
Po jeszcze kilku ładnych godzinach śpiewu przy akompaniamencie Szefa tudzież Jacka. nieubłaganie zbliżał się moment pójścia spać. Nawet głośne prośby Baśki "Sorku nie idźmy jeszcze spać"" (przebój wędrówki) nie pomogły w odwleczeniu tej czynności.Dzień II Po wyjściu ze szkoły z przerażeniem stwierdziliśmy że dziś mamy do przejścia więcej niż w sobotę. Na szczęście Jacek nie pozwolił zasiać paniki wśród drużyny i uspokajał nas silnymi środkami perswazji. Znów "w buty". Droga do Górecka Kościelnego to praktycznie same piękne widoki w rezerwacie Szum.
Do miejscowości weszliśmy od strony kapliczki na wodzie gdzie Gogi wpadł do źródełka podczas przechodzenia przez kładkę!. Niestety w Górecku sklep był zamknięty i zamiaru zakupienia snickersa nic nie wyszło. Pozostała przed nami droga do Józefowa.
Postój przed samym Józefowem był idelanyną chwilka do zaspokojenia dziwnego ssania w żoładku, i w pełni się to udało. Wykończyliśmy resztki pasztetu i oczywiście swojskiej kiełbaski Swayziego.W tym małym miasteczku zrobiliśmy odpowiednie zakupy, a że do pociągu pozostało nam trochę czasu, udaliśmy się na herbatę do malutkiej kawiarenki (jedynej otwartej). W niej przemiła pani Ela (którą serdecznie pozdrawiamy) zaparzyła nam herbaty, dostaliśmy nawet krzyżówki nad którymi wszyscy się głowili. W geście podziękowania wykonaliśmy jej piosenkę "Dobru noc...". Kiedy do pociągu została godzina wyszliśmy. Nastawieni na to, iż już niedługo będziemy się grzać w cieplutkim pociągu. W czasie trasy do Długiego Kątu (jak stwierdziła pani Ela aż 3 kilometry! Przejdziecie pieszo?!) zaczął porządnie sypać śnieg.
Wiatr się wzmógł, przed sobą obserwowaliśmy błyski. Dotarliśmy. 5 minut do planowanego odjazdu pociągu. Niestety ten się spóźniał a nam było coraz zimniej. Wtedy to Darek pokazał nam świetną zabawę harcerską która rozgrzała wszystkich co prawda miejscowi dziwnie się patrzyli na nasze "La pik la czok..." ale zimno było im a nie nam. Kiedy od kilkudziesięciu minutach pociąg nadal nie przyjeżdżał a miejscowi powiedzieli "na pocieszenie" ze lubi się on spóźnić kilka godzin Szef zadzwonił do Kierownika. Okazało się ze pociąg stoi na granicy ponieważ "czyszczą go" celnicy i może mieć nawet kilka godzin opóźnienia. Przerażeni opcją stania na mrozie zdecydowaliśmy się nie koczować na dworze lecz pójść do baru w pobliskiej miejscowości o dumnie brzmiącej nazwie "Roztocze" na herbatę (oczywiście wcześniej była instrukcja wejścia do baru). Przeczekawszy tam największą zamieć udaliśmy się znów na stacyjkę w Długim Kącie. Pociąg przyjechał z ponad 2 godzinnym opóźnieniem. Po wejściu nastała chwila ciszy.
Skład był zdezelowany całkowicie. Wszystko było rozwalone. Nic co nadawałoby się do użytku. To celnicy tak zajęli się na granicy pociągiem. Zasiedliśmy na rozwalających się siedzeniach. Racząc się wzajemnie chlebem z solą czosnkową (tylko to nam zostało rozpoczęliśmy granie w pociągu (budząc nawet miły zachwyt u wielu pasażerów). Gdy już myśleliśmy, ze wszystko ułożyło się w porządku i będziemy niedługo w Lublinie. Okazało się że w Rejowcu mamy przesiadkę. Na dworcu w Rejowcu kolejne śpiewy znużonych już chyba tą podróżą pkp turystów rozbawiły przypadkowych ludzi. Kiedy po kolejnych 47 minutach nadjechał nasz pociąg byliśmy bardzo szczęśliwi. Po pożegnaniu na peronie wszyscy ruszyliśmy w stronę wyjścia czując, iż rajd naprawdę się udał, że spędziliśmy miło czas, związaliśmy się ze sobą. Rozstaliśmy się ze świadomością, ze musimy taką wyprawę powtórzyć nieraz bo nawet przez te dwa dni zdążyliśmy się bliżej poznać, poszerzyć wzajemne horyzonty i wspólnie dążyć do jednego celu. Idąc do domu wszyscy pamiętali słowa Baśki "Sorku nie idźmy jeszcze spać...".Karol Łyda |