Roztocze Południowe

22-24.04.2005

 

Uczestnicy:

Paweł Goguł

Karol Łyda

Łukasik Piotr

Jędrejek Łukasz

Duda Marek

Kamil Wójcik

Adrian Słabuszewski

Agata Stankiewicz

Magda Włosek

Wojciechowska Anna

Katarzyna Duda

 

Kadra:

Michał Podlaszewski

Wojciech Girguś

 

 

"Pełna galeria z wyprawy"

 

Dzień I

Susiec - Narol

 

  1330 -  żwawym krokiem ruszyliśmy na szlak. Podziwiając leśną florę i faunę „łykaliśmy” kolejne kilometry. Dosyć szybko dotarliśmy do wodospadów „Szumów”

na rzece Tanwi, gdzie zrobiliśmy pierwszy dłuższy

 przystanek. Korzystając z

sytuacji Dudek  wygłosił nam ciekawą pogadankę

na temat

fałdowań górotwórczych oraz sposobu, w jaki powstawały

owe progi skalne.

Bogatsi o nowe informacje, którymi można będzie błysnąć w towarzystwie, skierowaliśmy swe kroki w kierunku wsi Narol.

    Zabijając czas rozmowami „na każdy temat”, delikatnie zmęczeni, stawialiśmy krok za krokiem, nieustannie zbliżając się ku upragnionemu odpoczynkowi. W późnych godzinach popołudniowych naszym oczom ukazał się spory gmach szkoły podstawowej, a w jej drzwiach wyczekujący nas z uśmiechem na ustach i wielkim zapasem gościnności, dyrektor. Nie marnując czasu Szef wyznaczył dyżur gospodarczy, który wziął się za przygotowywanie kolacji dla wygłodniałej czeredy. Po relaksującej kąpieli w zlewie (lub misce) zasiedliśmy do stołu. Kapuśniak smakował wybornie, (bo co po 16km marszu mogłoby nie smakować). Dzień zakończył się oczywiście wspólnym śpiewaniem. Niestety z powodu godzinnego opóźnienia, jakie wynikło na trasie, to zajęcie zostało znacząco skrócone.

 

Dzień II

Narol - Werchrata

Poranek dnia drugiego wypełniły przygotowania do uczczenia imienin Szefa. Zaskoczyliśmy go chóralnym „100 lat” i prezentem (obrazkiem do kolekcji oraz rocznym zapasem majeranku), gdy wraz z P.G. wracał z zakupów. O godzinie 10 byliśmy już zwarci i gotowi do opuszczenia szkoły. Na pożegnanie zaśpiewaliśmy dyrektorowi „Wiarę” i „Stukot kół”.

       Po wizycie w „spożywczym” i zapoznaniu się z niezwykle przyjacielskim :) miejscowym pijaczkiem, ruszyliśmy na 24 km odcinek trasy z Narola do Werchraty. Pierwszy przystanek miał miejsce w Woli Wielkiej, gdzie główną atrakcją była drewniana cerkiew oraz socjologiczny wykład na temat miejscowej ludności. Razem z pierwszymi otarciami udaliśmy się na Wielki Dział. U podnóża wzniesienia mieliśmy okazję przyjrzeć się z bliska pierwszemu na naszym szlaku schronowi stanowiącego część Linii Mołotowa. Pogoda tego dnia nie była naszym sprzymierzeńcem. Nie zdarzyło się, bowiem chyba w historii klubowych wyjazdów, aby jednego dnia spocić się od grzejącego Słońca, zostać zmoczonym przez deszcz, chować się przed śniegiem i uciekać od gradu. Po zdobyciu (prawie) szczytu i minięciu terenów zajmowanych niegdyś przez wieś Dahany, za pośrednictwem Dudka poznaliśmy różnorodność gazowych form H2O unoszących się na różnych wysokościach w atmosferze. Przy akompaniamencie deszczu zjedliśmy nasze wiejskie serki a następnie leśnym duktem ruszyliśmy już do Werchraty. Na zakończenie trasy Żelik (Łukasz Jędrejek) został pokonany przez własne buty i z nadwyrężonym ścięgnem musiał doczłapać do noclegowni w klapkach.

          Kąpiel w schronisku dawała możliwość bliższego zapoznania się z kolegą bądź koleżanką, ponieważ, znajdowały się w nim jedynie 2 nieodseparowane prysznice, pod które trzeba było wchodzić parami. Pierwszym daniem przygotowanym przez prężny dyżur gospodarczy był rosół, jednak zawartość „zupy w zupie” nie odpowiadała chyba unijnym normom. Natomiast podczas przygotowywania bigosu ktoś postanowił uszczuplić majerankowe zapasy Szefa (mimo to zeznania, co do jego smaku są dosyć rozbieżne). Tak, więc po tradycyjnym „Smacznego” trzeba było jeszcze dorobić kilka kanapek. Gdy zakończyło się wspólne śpiewanie i trzeba było iść do łóżek znowu pojawił się „senny” problem „Spać na plecach, czy na brzuchu, a może na boku”.

 

Dzień III

Werchrata  - Lubycza Królewska

 Tym razem nie mieliśmy już luksusu wylegiwania się do 8.30 gdyż śniadanie zostało wyznaczone na 650. Po posiłku chętni udali się na mszę (niedziela w końcu) do pobliskiego kościoła, a następnie trzeba było ponownie zająć miejsce na szlaku.

          Wraz z wyhodowanymi odciskami i nie mniej doskwierającą świadomością, „że to już ostatni dzień” szliśmy przed siebie obserwując drapieżne ptaki (najczęściej wrony i sójki, chociaż spotkaliśmy też kilka myszołowów). Parę razy natknęliśmy się nawet na grupkę saren. Pierwszą z atrakcji dnia ostatniego było wzgórze Monastyr, na szczycie, którego znajdowały się katakumby i tablica upamiętniająca żołnierzy UPA. Niedaleko stamtąd była też pustelnia św. Brata Alberta. Stanowiła ona malowniczy dół w ziemi o głębokości około 1,5m, z którego roztaczał się cudowny widok na okoliczną ściółkę oraz krzaki. Aby mieć pewność, że zdobyliśmy najwyższe wzniesienie Roztocza, oprócz Wielkiego Działu wspięliśmy się jeszcze na Długi Goraj. Z jego szczytu również rozciągała się przepiękna panorama okolicy, niestety wysokie drzewa uniemożliwiały nam nacieszenie się tym krajobrazem. Nieopodal znajdował się kolejny radziecki schron. Podczas jego zwiedzania Karol Łyda (bardziej znany jako Łyda) uraczył nas bardzo szczegółową charakterystyką tego typu budowli oraz przybliżył nam plan wielkiego Wodza, jaki przyświecał mu podczas tworzenia linii Mołotowa.

         Pozostawiając za sobą niezliczoną ilość drzew, kałuż i naszych sił, doszliśmy do kolejnej cerkwi we wsi Kniazie. Gdy zakończyła się sesja zdjęciowa trzeba było żwawym krokiem przemieścić się do miejscowości Lubycza Królewska gdzie planowaliśmy załapać się na PKS. Dzięki idealnie wyliczonej prędkości marszu oraz czasu przeznaczonego na postoje zjawiliśmy się na przystanku 2 minuty przed przyjazdem autokaru. Wysiedliśmy dwa przystanki dalej. W Bełżcu mieliśmy zwiedzić muzeum, jednakże na dworcu PKP zastała nas niemiła niespodzianka. Mianowicie Szef został źle poinformowany, w związku, z czym pociąg, który miał przyjechać za ponad 2 godziny, w rzeczywistości zjawił się na stacji za około 40 minut. Po uzupełnieniu zapasów w ostatnim na szlaku sklepie spożywczym zjedliśmy obiad (ach ten Paprykarz Szczeciński). W pociągu mile zaskoczył nas wygląd przedziałów. Jak się potem doczytaliśmy były to wagony dopuszczone do użytkowania dopiero w tym roku, więc nie zostały jeszcze nadszarpnięte zębem czasu (ewentualnie zębami niewychowanych pasażerów). Podróżowało się nam, więc niczym w pierwszej klasie. Praktycznie cała droga powrotna zleciała nam na śpiewaniu kolejnych pozycji z klubowego śpiewnika. Robiliśmy jedynie drobne przerwy na dokończenie zapasów zgromadzonych w solidnie już odchudzonych plecakach. Zastanawiający był dziwny zapach unoszący się w zajmowanych przez nas przedziałach (Ciekawe czy miał z tym coś wspólnego fakt, że prawie wszyscy zdjęliśmy buty).

        Podsumowując nasz 3-dniowy rajd muszę stwierdzić, że był on jak najbardziej udany. Każdy z uczestników na pewno nauczył się czegoś nowego (chociażby tego, że nie należy kupować nowych butów tuż przed wyjazdem). Podejrzewam, iż nikt z czystym sumieniem nie powie, że przez ten weekend nic nie zyskał. I Nie mam tu na myśli odcisków czy nowych ksywek, ale chociażby samo obcowanie z innymi ludzi wzbogaca nas o wiedzę na temat ich zachowań. Wielu z nas poznało również swoje możliwości, oraz to, do jakich poświęceń są zdolni. Osobiście nie mogę się już doczekać kolejnego wyjazdu.

 

 

        Piotrek Łukasik

 

[Powrót]