Rajd: Wszędołaz Student i nie tylko ... Terespol – Janów Podlaski

30.04.2005 – 02.05.2005

 

Uczestnicy:

Paweł Goguł – ,,PG”

Marcin Legwant – ,,Kierownik szczegółowy”

Kuba Litwiński – ,,doktor”

Victor Mamczur

Sylwia Walczak

Ola Białecka – ,,Padalec”

Wojciech Girguś - ,,Szef”

 

"Pełna galeria z wyprawy"

 

Zapowiadał się piękny majowy weekend (wyprognozowany przez Vicia listonosza i stronę Onet.pl). Takiej okazji nie można było przepuścić. Wyjazd był w godzinach popołudniowych, żeby co niektórzy mogli skończyć wieszanie na ścianach kinkietów i wkręcanie żarówek. Tak więc zasiedliśmy w PeKaeSie i przed godziną 20 znaleźliśmy się w Terespolu. Zdążyliśmy kupić najpotrzebniejsze rzeczy w pobliskim sklepie, aby dociążyć już wystarczająco napakowane plecaki, rozdzieliliśmy tradycyjne pożywienie fasolkopodobne i podrałowaliśmy przed siebie. Naszym pierwszym zadaniem było doczłapanie się do Nepli, gdzie czekało na nas fantastyczne pole namiotowe usytuowane na boisku do siatkówki. Droga przyjemna, aczkolwiek dość krótka i asfaltowa. Chociaż krótka (co ujawniło się w dniach następnych) to pojęcie względne… Po dotarciu na miejsce, po 3 godzinkach, rozbiliśmy namioty. Wtedy spokojnie już mogliśmy zabrać się do kolacji. Najbardziej zniesmaczony był chyba PG, bo całe swoje flaczki, które miał zamiar skonsumować, mógł zeskrobać z plecaka i kurtki. Okazało się, że osoby robiące zakupy są nie dość kompetentne, żeby kupić nie przeterminowane jedzenie i to zadanie ich przerosło. Chociaż wszyscy zgodnie zganiamy to na naszą nieuwagę… Flaczki nie przypominały żadnego rodzaju flaków, a na dodatek w słoiku pojawiły się prawie wszystkie kolory, gdzie przeważała piękna, soczysta zieleń. W każdym razie, po dostarczeniu naszym organizmom odpowiedniej dawki węglowodanów (głównie dzięki czekoladzie wyprodukowanej dla Tesco) i wypiciu po kubku gorącej herbaty nadszedł czas na najprzyjemniejsze. I nie mam tu na myśli zmywania… Mimo ogromnych chęci rozpalenia ogniska niestety nie udało nam się tego osiągnąć. Późna pora nie pozwoliła nam na poszukiwanie drewna, którego zabrakło, ale dzięki stanowczości naszego kierownika szczegółowego – Ledzia, silni mężczyźni przytachali ławki i spokojnie, trzęsąc się trochę z zimna, mogliśmy zacząć wieczorne śpiewanie. Z przykrością muszę stwierdzić, że PG nam zasnął, a Sylwia miała ogromne zastrzeżenia co do długości naszego wspólnego koncertu. Zostało nam to jednak wynagrodzone dnia kolejnego…

Po okropnie zimnej i głośnej nocy… (nie wiem czy te odgłosy dochodzące z namiotu Szefa były spowodowane użyciem eteru czy to po prostu dobiegało nas  jego chrapanie …) po śniadaniu, powoli zbieraliśmy się do wyjścia w dalszą trasę. Z Ledzikową precyzją i dokładnością czasową wyruszyliśmy więc przed siebie. Droga była znacznie przyjemniejsza, bo mogliśmy podziwiać piękne widoki i nauczyć się dzięki Szefowi całego atlasu ptaków( o  myszołowach i błotniakch wiemy chyba najwięcej ;) i oczywiście o bocianach, które według opinii Vicia-znawcy często walczą o gniazda… Podczas dalszej drogi spotkaliśmy jaszczureczkę, która wyglądała jak smok i nie mogliśmy oprzeć się pokusie, żeby jej nie sfotografować. Niewiele później, podczas trwania jakże fantastycznego i znanego serialu „Na dobre i na złe” (pewnie dlatego Szef tak namiętnie pukał do drzwi jednego z wielu domków we wsi), znaleźliśmy się w bardzo trudnej dla nas sytuacji. Musieliśmy bowiem pożegnać naszego pana doktora Jakuba, gdyż uczucia wyższe kazały mu powrócić do Lublina. Najgorzej znosiła to Sylwia, bo została obciążona namiotem i częścia wspólnego prowiantu, ale dzielna z niej dziewczyna i dała sobie radę. PG jako troskliwy kolega sprezentował Kubie koc na wypadek, gdyby musiał nocować na dworcu, żeby się biedny nie rozchorował, chociaż o zastosowaniu piknikowym też mówiono… Po kilku kilometrach (jak zawsze w linii prostej) znaleźliśmy się na mecie. A raczej na półmetku. Przygarnął nas pan sołtys, za co mu jesteśmy bardzo wdzięczni. Mogliśmy umyć się 1butelką wody na 2 osoby (PG z Szefem opatentowali tą metodę i zostało im nawet na herbatę), spokojnie zjeść, trochę ponarzekać na nasze odciski, a co najważniejsze – nauczyć się od PG jak przyrządzić fantastyczną pulpetową zupę... Jego intencje były bardzo szczere, więc przysporzył nam tym wiele radości. Nie zapomnimy Ci tego!  Wieczorkiem, po kilkuminutowym opadzie deszczu, ujrzeliśmy długo oczekiwane ognisko. Mieliśmy też nadzieję, że zobaczymy kolację złowioną przez zapalonego wędkarza Vicia, ale niestety musieliśmy się zadowolić dochodzącą kiełbasą, która i tak smakowała fantastycznie. Miło spędzony czas przy graniu i śpiewaniu musiał dobiec końca. To natomiast z troski o pana sołtysa. Kolejny przykład tego, że Szef ma dobre serce. Nie mówiąc już o tym, że zdecydował się na zabranie ze sobą Padalca… To chyba największe poświęcenie z jego strony.

Rano, Victor (z racji tego, że ambitny z niego chłopak), wyruszył na łowy. Udało mu się złowić okonia, który został nazwany moim imieniem. Niestety był zbyt mały żeby się nim podzielić, więc miał stać się Vicia trofeum. Włożył go w siatce do plecaka Ledzia, który zorientował się o jego obecności po dwóch dniach pobytu w domu… Po śniadaniu i litrze herbaty wyruszyliśmy o 10, aby dotrzeć do celu – do Janowa Podlaskiego. Przy okazji mieliśmy zobaczyć fascynujące widoki, które potwierdziłyby hasło przewodnie rajdu (jedno z wielu), że ,,życie jest piękne”, ale zostało nam tu uniemożliwione przez wiosenne rozlewiska Bugu… Jest tego jednak dobra strona. Szef powiedział, że dla tych miejsc zabierze nas tam jeszcze raz. Zanim jednak dotarliśmy w te okolice wyniknęły pewne niespodziewane sytuacje. Kręciliśmy się jak… Sylwia ma na to najwięcej określeń, więc zainteresowanych odsyłam do niej. W każdym razie po dwóch godzinkach marszu i zrobieniu wielkiego koła stanęliśmy praktycznie w punkcie wyjścia. Poczłapaliśmy po delikatnie podmokłych terenach, ale przynajmniej nie musieliśmy uciekać przed strażą graniczną. Chociaż było to niewykluczone. Ale co z tego, skoro po raz kolejny mogliśmy się przekonać, że ,,życie jest piękne”. Zrobienie kilku kilometrów więcej nie zrobiło nam różnicy, szczególnie dlatego, że mogliśmy się zachwycać dziełami Matki Natury. A było co podziwiać. No, może poza rozdeptaną przez Szefa żabą…  i wysnuwaliśmy wnioski jacy jesteśmy. Za najbardziej odpowiednie określenie, które najlepiej odzwierciedlało nas tam zebranych uznaliśmy określenie Vicia, które w sumie nadal do nas pasuje:) Około godziny 15 dotarliśmy do Janowa Podlaskiego, aby móc podziwiać śliczne koniki w stadninie. Dla ich miłośników – raj na ziemi. Co prawda niektóre były dość podejrzane, bo podgryzały nas w różne części ciała, ale nawet i dla takiego zjawiska, warto było się poddać takim eskapadom. Oczy nam się śmiały a buzia rozciągała z radości od ucha do ucha. Po przerwie na herbatę i kanapki z dżemem truskawkowym, pokonaliśmy ostatnie 2 kilometry w linii prostej i dotarliśmy do centrum. Poczekaliśmy chwilę na dość zaludniony Pekaes. Czas nam szybko płynął, ale to już zasługa PG, który dał nam koncert na rozstrojonej gitarze. W sumie, jak to kierownik szczegółowy Ledzio określił, nie sztuka grać na nastrojonej…

Cóż nam pozostało. Zapakowaliśmy się do naszego środka komunikacji, zamieniliśmy kilka zdań z jakimś nad wyraz nerwowym panem kierowcą i przybyliśmy do Lublina.

Rajd niezapomniany, pełen wesołych sytuacji… Wróciliśmy pełni wrażeń i na pewno będziemy jeszcze nie raz go wspominać, czekając z utęsknieniem na kolejny.

A tymczasem nie zostaje nam nic innego, jak powiedzieć, że ŻYCIE JEST PIĘKNE!!!

 

                                                                                              Padalec

[Powrót]