Roztocze Południowe 11-13.11.2005
Bełżec – Huta Lubycka – Wola Wielka – Wieliki Dział – Nowe Brusno – Nowiny Horynieckie – Moczary – Werchrata – Siedliska - Hrebenne
Uczestnicy:
Nóżka Marta
Wojciechowska Ania
Katarzyna Duda
Agata Stankiewicz
Magda Cisz
Paweł Goguł
Duda Marek
Kamil Wójcik
Łukasik Piotr
Karol Łyda
Chrzanowski Łukasz
Wszędołaz Student:
Jarocińska Olga
Ola Białecka
Barbara Pikula
Michał Barna
Marcin Legwant
Kadra:
Wojciech Girguś
Kluczyk Jacek
Trzy dni z dala od cywilizacji, problemów współczesnego świata, katastrofizmu myśli, ekwiwalentyzacji uczuć...po prostu...wyruszyliśmy na trzydniowy rajd po „roztaczającym się” Roztoczu.
W osiągnięciu celu nie
przeszkodziły nam krwiożercze indyki w Hucie Lubyckiej, nie zostaliśmy
zabunkrowani podczas postoju na Wielkim Dziale, wręcz przeciwnie, podróż
przebiegała bardzo spokojnie. Jak zawsze szliśmy wesoło rozmawiając,
podśpiewując („Jem dżem, dżem...”), ale jednocześnie myśląc i rozważając nad
pięknem przyrody oraz architektury wschodu = cerkwi. Do jednej z nich (w Woli
Wielkiej) zaprosił nas „strażnik poranka”- dostojny kogut.

O zachodzie słońca dotarliśmy
do miejsca noclegu (szkoły w Nowym Bruśnie). Dyżur gospodarczy przygotował
jedzenie w kuchni (it was myszyn impossible), które w tempie natychmiastowym
zniknęło ze stołu. Kolejnym punktem programu było to, co wszędołazowe Tygryski
lubią najbardziej, czyli ognicho!!! (niestety bez kiełbasek, ale z zapiekankami
;). Na ognisku gościliśmy Panią Dyrektor szkoły z mężem.
Dla wielu (w tym dla mnie) jest to ulubiona część dnia, może dlatego, że „śpiewać każdy może...” Mimo słabej akustyki, mężnie unieszkodliwialiśmy ciszę. Nadszedł czas na rozmowy w toku = sprawy bieżące nie cierpiące zwłoki...A późnym wieczorem pachnące ogniskiem Misie grzecznie położyły się spać. Nie zapominając o ważnym pytaniu na dobranoc: „Boisz się mojej ręki?”
PS: Jestem zobowiązana dodać, że w pokoju dziewczyn było o dwa Misie więcej (pluszowe misieJ i jestem pewna, że dla jednego z nich była to najwspanialsza noc w jego krótkim mięciutkim życiu, ale o tym może innym razem...
Ania Wojciechowska
Dzień 2
"Obudziłem się później niż zwykle”, wstałem za wołaniem budzika... tak, tak...zaczął się nowy dzień. Po zaspokojeniu podstawowych potrzeb człowieka (poranna toaleta, konsumpcja) i tradycyjnemu turystycznemu podziękowaniu Klubu, czyli piosence dla Pani Dyrektor, wyruszyliśmy. Czas na zagadkę:
„Gdy wypowiadasz jej imię, zabijasz ją” Co to? A
może kto to? Delektując się piękną pogoda i urzekającymi krajobrazami (milion
kolorów liści, piękne wzgórza, doliny, lasy i polany robią duże wrażenie),
szukaliśmy odpowiedzi na te i inne zagadki egzystencjalne. Po drodze także duża
doza historii: kapliczka leśna w Nowinach Horynieckich, cmentarz
rosyjsko-austriacki z I Wojny Światowej oraz pozostałości cerkwi pod wezwaniem
Św. Mikołaja przy samej granicy z Ukrainą (św. Mikołaju gdzie się pasły te
konie?..- „Ballada o Św. Mikołaju”)

I nastała ciemnośćJ a latarki zapomniały się zaopatrzyć w baterie. W mrocznej ciszy dotarliśmy do szkoły w Werchracie. Po całodniowej wędrówce, trzeba przyznać dość „wylewnie”, przystąpiliśmy do mycia się, efektem czego była mała, sprawnie opanowana, powódź. W wyśmienitych nastrojach, radośni i pełni pozytywnych odczuć zasiedliśmy do stołu...(matką zdania-ironia) i w równie wyśmienitych nastrojach usnęliśmy (a w snach znaczące miejsce zajęła historia II Wojny Światowej, tak tragicznej w skutkach...a tak dziwnie bliskiej)
Marek Duda
Dzień 3
Po wyczerpującej eskapadzie dnia poprzedniego (32 km)Wszędołaźne Niedźwiedzie (jak żadne inne) wstają z uśmiechem od ucha do uchaJ.
Jeszcze z zamkniętymi oczami, obolali, ale pełni zapału i ciekawości co przyniesie nam nowy dzień, zaczęliśmy się pakować do plecaków.
Właśnie
– PLECAK. Jak to jest, że ekwipunku coraz mniej, a plecak wydaje się być
cięższy? Odpowiedzieć na to pytanie niemal
tak trudno jak na
wczorajsze łamigłówki J. Jeszcze ostatni rzut oka na Werchratę i witaj przyrodo!!! Roztocze w całej okazałości- typowe wąwozy
lessowe, ciekawe gatunki roślin, orzeźwiające strumienie. Nawet pochmurna pogoda nie potrafiła wybić nas z dobrego
samopoczucia. Czas mijał
szybko-idziemy....idziemy....postój, Maro vel Drwal...idziemy...przerwa na
herbatę....idziemy...
doszliśmy do Siedlisk, i co?! Bus!!! Ale to jeszcze
nie koniec wyprawy, jeszcze została do zobaczenia cerkiew w Siedliskach oraz
cerkiew w Hrebennem...i niestety to jest koniec...chociaż szkoda się

żegnać z roztaczającym perspektywy do chodzenia Roztoczem , powracamy do ulubionego miasta Lublin. Szkoda że to ostatni rajd w tym roku,
ale do „wędrowania jeden krok”- już w styczniu kolejna wyprawa.
Agata Stankiewicz
Na zakończenie nie mogę się oprzeć refleksji, którą dobrze oddaje motto Ericha Fromma: „Dobrze mieć autostrady, ale smak nadają dopiero ścieżki, którymi można sobie od nich odbiegać”. Wbrew użytemu słownictwu myśl nie jest o komunikacjiJ, ale raczej o stylu życia, pasji, robieniu czegoś innego, wyjątkowego... Zastanówcie się nad tym...
[Powrót]