Poleski Park Narodowy

18-19.03.2006

 

Uczestnicy:

 

Duda Marek

Łukasik Piotr

Karol Łyda

Weronika Sobieszyńska

Wojciech Gnyp

Wioletta Pytka

Magda Włosek

Stankiewicz Agata

Ligęza Łukasz

Konrad Trościaczyk

 

Kadra:

Walczak Sylwia

Wojciech Girguś

 

 "Pełna Galeria z wyprawy"

         W śnieżny sobotni poranek (18.03.2006) podczas wędrówki moją uwagę przykuła hałaśliwa grupa turystów. Stwierdziłam, że podążę ich śladami i dowiem się dokąd zmierzają. Wiedziałam, tylko że wyszli ze szkoły w Urszulinie, w której później nocowali.. Po krótkim marszu znaleźli się w ośrodku ochrony żółwia błotnego. Wolałam zostać na dworze i przysłuchiwałam się wykładowi Pana Arka (naszego przewodnika). W końcu do moich uszu dobiegły słowa o.... o mnie! Stwierdzono, że niedługo przejmę kontrolę nad drzewem, na którym rosnę, a następnie nad całym światem! <Jednym słowem  3 myślicieli: Karol, Wojtek i Stefan uruchomiło swoją wyobraźnię>. Zaplanowali całą moją przyszłość: będę pracować na kasie w Tesco i zrobię prawo jazdy na wózek widłowy itp...

         Nie mogłam się oprzeć przed dalszym podążaniem za piechurami, którzy wkroczyli na szlak w Poleskim Parku Narodowym. Droga składała się z błota, wody i śniegu, więc po dłuższym marszu wszyscy bez wyjątku mieli mokre buty. Największe wrażenie wywarły na mnie malownicze wierzby na zboczu drogi, w których mogą żyć ryby! < po wyjaśnienie odsyłam do niezawodnego pana Arka>

         Trasa naszej wędrówki wiodła przez Zastawie, Wereszczyn, Bagno Bubnów – Wincencie, Krowie Bagno, Andrzejów do Urszulina. Bardzo spodobał mi się stary, zaniedbany, niemal zasypany śniegiem cmentarz unicki bądź prawosławny a obok niego stała strasznie zdewastowana kaplica.

         Gdy dotarliśmy do celu, dyżur gospodarczy uwijał się w pocie czoła: zupa pomidorowa, potem fasolka, herbata.. Potem zapanowała niezła atmosfera, śpiew, śmiech.. ciekawe jakby było, gdybym śpiewała z nimi. Taka Jemioła ze śpiewnikiem przy herbacie?

         Następnego ranka wraz z moimi towarzyszami wędrowałam po ścieżce dydaktycznej Spławy. Dziewczyny i Maro nieźle sobie poradzili. Jednak kabaret 3 wspaniałych czyli: Łydzika, Stefana i Wojtka, bardzo rozbawił resztę piechurów. No może oprócz Szefa. Na końcu szlaku oczom naszym ukazało się zamarznięte, zasypane śniegiem, jezioro Łukie. Jeszcze tylko przerwa na kanapkę i dalej przez Zawadwkę, Babsk do naszej kwatery. Nagle bystre oko Łydzika dostrzegło moją obecność i odtąd wędrowałam na ramionach naszych męskich siłaczy jak najbardziej legalnie. 

Dalsze wszędołazowanie minęło nam na planowaniu mojej przyszłości i na rozmowach ile razy się mnie karmi, gdzie się robi papiery na wózek widłowy... Poczułam się jak idol. Gdy przywieźli mnie Lublina, wszyscy ludzie tak dziwnie się na nas patrzyli, ale w każdym razie zostałam sławna, jestem z tego dumna, gdyż zawisłam w drzwiach siedziby klubu Sali 201 na „Drzwiach otwartych” V LO.

Był to mój pierwszy rajd  wspominam go bardzo ciepło. Atmosfera, śpiew, las, fasolka... Czego więcej potrzeba? W dodatku ludzie, są naprawdę świetni i przyjmą z otwartymi ramionami nawet taką roślinę jak Jemioła. Ciekawe czy kiedyś razem pojeździmy wózkiem widłowym....

 

Wiola Pytka

[Powrót]