„Polna droga pośród kwiatów
I złamany krzyż (...)
Stara cerkiew pod modrzewiem
I pęknięty dzwon
Zarośnięty cmentarz
Na nim dzikie bzy...”
O godzinie sprzyjającej przekręcaniu się z jednego boku na drugi dziewiętnastu śmiałków wraz ze swymi nieodłącznymi atrybutami (czytaj: plecaki) stawiło się na PKS-ie. Pierwszy odcinek trasy pokonaliśmy naszym PRYWATNYM transportem, jednak zanim dotarliśmy na właściwy szlak zgromadziliśmy niezbędne zapasy żywieniowe w sklepie sieci „...” (no ad!). W punkcie wyjściowym naszej wyprawy przeszliśmy przez kontrolę Straży Przygranicznej (nie jedyną tego dnia). Po tych formalnościach mogliśmy już spokojnie oddać się temu co w naszej wyprawie było tzw. sednem.
Naszą wędrówkę śladami cerkwi rozpoczęliśmy od spotkania z drewnianą świątynią grekokatolicką p.w. Objawienia Pańskiego w Korczminie. Przy każdej odwiedzanej cerkwi i również na cmentarzu prawosławnym czuliśmy tę niezwykłą atmosferę, która sprawia, że są to miejsca tak niezwykłe... Miejsca, w których przeszłość łączy się z przyszłością, a odmienne religie i kultury żyją w symbiozie. I tak poprzez Machnówek, Budynin, Oserdów, Myców, Wyżłów, Dłużniów i Dołhobyczów dotarliśmy aż do Dubienki, która była jednocześnie miejscem naszego noclegu.
Po szybkim prysznicu spożyliśmy w stołówce internatu doskonale przyprawioną fasolkę, która rozgrzała wszystkich (niezależnie od właściwej temperatury ciała jedzącego). Po poobiedniej (bądź pokolacyjnej) sjeście spotkaliśmy się ponownie w przytulnej stołówce w celu wspólnego śpiewania. Gdy nadeszła pora ku temu udaliśmy się na spoczynek, bo przecież przed nami kolejny pełen wrażeń dzień...
Jak to mówią niektórzy: nadgorliwość gorsza od faszyzmu... Tak oto o godzinie, w której głowa bardzo dobrze przylega jeszcze do poduszki, zostaliśmy obudzeni przez rdzennych mieszkańców internatu. Mimo to postanowiliśmy jeszcze nie wygrzebywać się ze śpiworów. Komu udało się ponownie zasnąć ten spał w najlepsze, a jeśli ktoś miał lekki sen to zajął się czynnościami typowo porannymi. Po pokrzepieniu żołądka (czytaj: śniadanie) i uzupełnieniu zapasów glukozy (tudzież H2O) wyruszyliśmy przed siebie, nie wiedząc jeszcze co nam ta piesza podróż przyniesie.
Otóż pierwszą rzeczą, którą nam przyniosła ( a raczej podstawiła) był czołg i spontaniczny wykład Wojtka na temat tejże maszyny. Po zdrowej dawce informacji, raźnym krokiem podążyliśmy w kierunku bliżej znanym tylko Szefowi.
Szliśmy tak sobie beztrosko pogwizdując (mniej lub bardziej udanie) aż naszym oczom ukazał się mrożący krew w żyłach widok – łąki, przez które dane nam było przejść były zalane wodą (aż tak źle nie było – były lekko mokre)! Nie były nam straszne błoto i woda – zakasaliśmy nogawice i... udało się!
Jako że data owego dnia wyglądała następująco: ‘1 kwietnia’, nie mogło obyć się bez numeru prima aprilisowego. Oczywiście osobą, z której miano zażartować był nie kto inny tylko Szef. Niestety nie przewidzieliśmy, że 17 osób biegnących z plecakami w stronę przeciwną do kierunku marszu i na dodatek wskakujące do ogromnego dołu będą wydawały odgłosy podobne do biegnącego stada słoni.
Dalsza droga to głównie las i błotniste drogi... i tak aż do asfaltu – ostatniej prostej na naszym pierwszym wiosennym rajdzie...
Biedaszka