Mój pierwszy raz… Chyba każdy musiał przez to przejść. Musisz zrobić dobre pierwsze wrażenie, nawiązać nowe znajomości i sprawić żeby ludzie Cię polubili.
W planie był wyjazd o godzinie 7.00 z PKS-u. Lecz kto, jak kto ale ja to chyba mam wrodzone nieszczęście do bycia na czas i jak na złość budzik mi nie zadzwonił wiec siła rzeczy spóźniłem się 30 minut… Wiec pierwsze wrażenie to klapa. Ciekawe co będzie dalej?
Na początku była synagoga w Józefowie, kirkut, kamieniołom, który wyglądał „prawie” jak wielki kanion tylko ze trochę mniejszy i było zimniej, potem weszliśmy do lasu. Ciekawe, nasza kolacja spokojnie rosła sobie nie spodziewając się naszej wizyty. Podgrzybki, maślaki, bagniaki i oczywiście prawdziwki. Było co zbierać i oczywiście potem czyścić.
Wieczorem, gdy dotarliśmy do naszego domku miała dla mnie nadejść najprzyjemniejsza część, mianowicie ciepły prysznic… Niestety, jako „świeżak” nie wiedziałem ze nie zawsze świat jest taki kolorowy i nie wszędzie jest gorąca woda. Na szczęście szybko się przyzwyczaiłem i koniec końców woda nie była taka zimna. Po prysznicu przyszła pora na przygotowanie kolacji - sos grzybowy oraz rosół z makaronem. Na szczęście jest kilka odważnych dziewczyn, które poszły z nami i miały pojęcie o gotowaniu, którego mi brakowało. Nie umiejąc gotować starałem się zabłysnąć myciem naczyń, któro co prawda było karą za moje spóźnienie.
Zasiedliśmy wszyscy przy stole w jadalni ubrani w polary, kurtki i swetry, ponieważ zaczęło robić się chłodniej i przy gorącej herbatce i zaczęliśmy... Ja niestety nie udzielałem się za bardzo w śpiewie, ponieważ byłem z Wszędołazem pierwszy raz i nie znałem wszystkich piosenek (w sumie to nie znałem żadnej) a poza tym 3 dni wcześniej zachorowałem na zapalenie krtani i po prostu nie byłem wstanie im towarzyszyć.
Zaczął się jak każdy – nieprzyjemnie, bo trzeba było wstać… Nasze pożywne śniadanie składało się z płatków z mlekiem i kanapek z pasztetem lub jak kto woli z szynką i ketchupem. Po śniadaniu dostaliśmy 15 minut żeby się spakować na drogę powrotną i wyruszyliśmy. Za raz po wyjściu przyłączył się do naszej grupy pies którego nazywaliśmy Monika lub Monik (kwestia sporna) który później bez naszej zgody upolował sobie kaczkę której nie zjadł i którą musieliśmy wziąć ze sobą. Niestety przez taki wybryk został wyrzucony z klubu bez szansy powrotu i poleciał gdzieś w las. Ciekawe jaki będzie dalszy mój los – a to czas pokaże!
Michał Saj