Jest piątek, jest dworzec, jest rano. Bardzo. We mgle majaczą sylwetki trochę zmarzniętych, ale radosnych młodych ludzi. Ludzi w pewnym sensie niezwykłych, chociaż oni sami określają tą niezwykłość nieco dobitniej. Bo czy normalny człowiek niesie plecak przez dziesiątki kilometrów, skoro może wsiąść w autobus? A najdziwniejsze jest to, że taka ilość ludzi nie kłóci się, w którą stronę iść!
Mimo, że do Klubu trafiłem stosunkowo niedawno, witają mnie jakbyśmy znali się od tysięcy kilometrów. Jest zimno, ale ciepło. Po demokratycznych wyborach "człowieka od brudnej roboty" (kto się spóźnił, ten zmywa) ruszamy w drogę.
Bełżec - krótka rozmowa z historykiem, monumentalny pomnik ofiar obozu i niezwykła, dosłownie mówiąca do nas wystawa. W milczeniu, przez długi czas skupiamy się tylko na ekspozycji. Z miasteczka, mijając ruiny zbombardowanej parowozowni, wychodzimy kierując się na .... (Sorze, zapomniałem gdzie była ta cerkiew!). "Jasiek, weź ta mapa!". W miejscowości tej podziwiamy drewnianą cerkiew, o której dowiadujemy się niewiele ponad to, że jest drewniana. Przewodnik się gdzieś zgubił. Nie zniechęceni tym jednak, podziwiamy, a zaraz potem ruszamy dalej, by dotrzeć na nocleg w Narolu. Gdy dochodzimy do szkoły, jest już ciemno. "Jasiek, daj ta mapa!". Wszyscy jesteśmy zmęczeni, ale cieszymy się, że mogliśmy męczyć się wszyscy razem. Na kolację: pierogi! Jednak to nie koniec atrakcji na dziś. Szef tajemniczym tonem zarządza przygotowanie do odwiedzin "Babci". Natychmiast w naszych dociekliwych umysłach rodzą się hurtem przeróżne hipotezy, na temat tożsamości owej "Babci". Jak okazało się potem, nie była to wiekowa krewna Szefa. "Babcia" nie była też nazwą lokalnej restauracji. Pod tą tajemniczą nazwą kryło się zaproszenie na herbatę do domu sympatycznej pani (znów nie pamiętam), która swego czasu odbywała staż w naszej szkole. Po powrocie "na bazę" przyszedł czas na pośpiewanie. Na długo pozostanie mi w pamięci brawurowy taniec Krystiana i Michała do mojego akompaniamentu. Odkryliśmy w sobie domieszkę cygańskiej krwi. Za to już w śpiworach (bądź też zawinięci w folię NRC) oddaliśmy się wszyscy żywiołowej dyskusji na temat życia klubu... i kolejno zamykaliśmy oczy.
Gdy kolejno je otwieraliśmy, była już sobota. Toaleta, śniadanie, sprzątanie, wymarsz! Standardowy ten schemat urozmaiciło nam jednak przybycie spóźnionych (co jednak było zaplanowane) wszędo-studentów. Poznanie tych wszystkich ludzi było dla mnie bardzo ciekawym i miłym przeżyciem. Przede wszystkim pozwoliło zestawić konkretnego człowieka z jego opisem na stronie klubu. Pamiątkowe zdjęcie na schodach szkoły i ruszamy. "Jasiek! Daj ta mapa!". Na początek - cerkiew w Krupie, południowej dzielnicy Narola. Jej wnętrze podziwiamy przez szparę w drzwiach. Dla "świerzaków" mini wykład Szefa o charakterystycznych nagrobkach brusieńskich. I znów w drogę. Przez pola, we wczesnozimowej zamieci kierujemy się w prawy dolny róg mapy. Werchrata.
Zimno, mokro, wieje, co jakiś czas ktoś się przewraca... ale to właśnie dlatego idziemy! "Jasiek, daj ta mapa!". Ktoś narzeka, że rozwiązał mu się but, ktoś mówi, że kaptur mu przemaka... I wszyscy się z tego cieszymy. To żadna sztuka wędrować w dobrej pogodzie. Pogoda jednak jest dla nas dobra. Chyba nawet nas lubi. Przestaje padać, robi się trochę cieplej. Zatrzymujemy się, rozmawiamy, częstujemy się na wzajem czekoladą, robimy zdjęcia. W oddali widać dwa największe wzniesienia Roztocza – Długi i Krągły Goraj. "Jasiek, daj ta mapa!". Nie jestem w stanie opisać wędrówki tak, żeby oddać wszystkie swoje wrażenia. To trzeba przeżyć. A właściwie przejść. A wcale nie jest łatwo przejść przez równie świeżo, co głęboko zaorane pole, którego nie ma na mapie, zwłaszcza, gdy od trzech dni nocami pada deszcz. "Jasiek! Daj ta mapa!". Już zmierzcha, gdy wchodzimy do szkoły w Werchracie. Mimo o wiele większego zmęczenia niż dzień wcześniej, nastroje są jeszcze lepsze. Dyżur gospodarczy, przystrojony w klimatyczne uniformy, zabiera się do pracy gdy wszyscy ustawiają się w kolejce pod prysznic. Wszyscy razem siadamy do stołu, jemy własnoręcznie... własnoplecnie niesione klopsy, rozmawiamy... potem herbata, gitara, śpiewy... Zaskakujemy Szefa urodzinowym prezentem. Udało się. Jest zaskoczony. Ale chyba tylko troszkę, bo miał dla nas batony. Potem znów gitara. Dużo nastrojowych, patriotycznych piosenek. Jest 11 listopada. Siedzimy tak do bardzo późna.
Wyjść ze śpiwora po takiej nocy wcale nie jest łatwo. "Jasiek, daj ta mapa!". Idziemy dalej. Lekki pośpiech, ponieważ musimy zdążyć na mszę do Lublina. Niczego się nie spodziewając, idziemy przez las. Miałem wtedy szczęście iść na początku kolumny. Nagle z zagajnika kilkadziesiąt metrów przed nami wybiega wielki, długo-chudonogi stwór o podłużnym pysku, i galopem przecina pastwisko i drogę. "Łoś! Łoś! Dajcie aparat!". Komuś udaje zrobić się kilka zdjęć. Niestety, klempa za nic miała sobie moje próby podszywania się pod łosia na rykowisku, i nie reagowała na wydawane porykiwania godowe. Uciekła na dobre. Ale wrażenie wywarła na nas niesamowite.
Tytuł "Kasi Rajdu" ustanowiła i zdobyła jednocześnie na tym wyjeździe Kasia Duda. Zgubiła się. Zwyczajnie, szła, szła, i nagle poszła w złą stronę. Napędziła nam strachu, że ho ho! Ale się znalazła.
Co na pewno zapamiętam z tego rajdu? "Jasiek, daj ta mapa!", Łosia, to, że ciężko idzie się po zaoranym szlaku. Ale najważniejsi dla mnie okazali się ludzie. Gdybym szedł sam, nie czerpałbym z tego takiej radośći.
Jasiek