KLUBOWE ZAKOŃCZENIE ROKU 2004/2005

 

Uczestnicy:

Kasia Duda

Ania Wojciechowska

Marta Nóżka

Agata Stankiewicz

Magda Włosek

Katarzyna Tarajko

Tomek Kowalski

Piotr Łukasik

Marek Duda

Karol Łyda

Paweł Goguł

Piotr Turmiński

Kamil Wójcik

Łukasz Jędrejek

 

Kadra:

Wojciech Girguś

Marcin Legwant

 

 

=>PEŁNA GALERIA Z WYJAZDU<=

 

CZWARTEK 23.06.2005

Początek:

Zrobiliśmy zbiórkę pod szkołą celem zebrania osób, które nie wiedzą jak trafić na „STATOILA” spod, którego mieliśmy wyruszyć do Madzi na działkę. Kilka minut później utworzyliśmy już zwartą grupę i ruszyliśmy na przystanek pod parkiem Saskim. Nie musieliśmy zbyt długo czekać na autobus, który przyjechał w chwilę po tym jak przyszliśmy. Gdy dotarliśmy pod rzeczoną stację paliw, kilkoro gapowiczów zorientowało się iż nie wystarczył im jeden bilet, który kupili wcześniej więc zorganizowana została szybka akcja pójścia do kiosku. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło, w tym przypadku dla Gogiego, który się spóźnił i nie przyszedł na zbiórkę pod szkołą. Także zebraliśmy się wszyscy i czekaliśmy; za chwilę na horyzoncie pojawił się Żelik (w bardzo oryginalnych spodniach). No i przyjechała nasza „12”, wpakowaliśmy się do środka i zajęliśmy połowę miejsc w autobusie. Przejechaliśmy wiadukt koło niebieskiej „Petrochemii” i wjechaliśmy w dzikie chaszcze marynińskiego lasu. Dodatkowym bonusem były dziewczyny czekające na nas na przystanku (nie… nie takie dziewczyny… to były Dzik&Madzik); ale chyba największym bonusem  był młodszy brat Magdy, Łukasz; (tak samo jak Żelik ). Przeprawiliśmy się przez ulicę, wtopiliśmy się w zieloność drzew lasu, i krętą dróżką po 10 minutach dotarliśmy do podwórka/działki Madzi, (co niektórzy zachwycali się jej oknami, myląc szklarnie z domem). Zobaczyliśmy wielkie palenisko z ławkami w koło, a za nim jeszcze większą stertę drewna, zrzuciliśmy plecaki i poszliśmy się przywitać. Przywitał nas tata Magdy, niestety mamy chwilowo nie było, oraz pies na 100m łańcuchu. Zebraliśmy prowiant i ruszyliśmy rozpalać. Kobiety szykowały nam jedzenie, przywiezione z nami w plecakach, a przedstawiciele męskiej rasy ruszyli na stertę drewna i zaczęli układać ognisko…

        

Środek:

 „Płonie ognisko i szumią knieje…” Dostaliśmy od Szefa obszerną instrukcję obsługi ogniska, pośpiewaliśmy i rozpoczęliśmy rajd na kiełbaski (i przepyszne ogórki). Było pysznie, Szef jednak (zapewne żebyśmy się nie przesłodzili) miał nam do zakomunikowania mniej lub bardziej miłe przesłania; nie opowiadał nam tego zbyt długo, gdyż za chwilę brat Madzi przyniósł łuk i strzały (teraz z młodymi nie ma co ryzykować :)). Mieliśmy rozpocząć turniej strzelecki, skończyło się jednak na wolnym strzelaniu w grządki z bliżej nie określonym zielskiem… I tak strzelaliśmy na odległość po 5 lub po 8 krzaków. Jak to zwykle w klubie bywa większość czasu spędzaliśmy na śpiewie i rozmowach. Z Szefem w grze na gitarze zmieniał się Ledzio (w końcu każdy musi chwilę odpocząć i nabrać świeżego powietrza w płuca…). Co sprytniejsi natomiast ruszyli na czereśnię, objedliśmy Madzię gorzej niż stado szpaków. Zeszliśmy z drzewka, i ruszyliśmy kontynuować nasze filozoficzne rozmowy przeplatane śpiewem i gorączkowym pieczeniem kiełbasek (lub tego co nabiliśmy na kija). Łukaszek (nie Żelik) za to znalazł nową zabawę, przybiegł do nas dzierżąc w dłoniach drewniany miecz i tarczę, a nam wręczał do ręki kija chcąc z walczyć. Bardzo mile spędzaliśmy czas, czując dodatkowo, że już jutro będą wakacje, o 22 przypomnieliśmy sobie, iż zostały nam jeszcze tylko 2 godziny tego cennego, wspólnego czasu (przynajmniej dziś). Dziewczyny przystąpiły do ogarniania tego co zostało z jedzenia, Madzik i Dzik uraczyły nas cieplutką herbatą i mogliśmy w końcu skonsumować słodkości, które również z nami przyjechały (nie… nie chodzi mi o dziewczyny), to były ciasta, których wcześniej nie mogliśmy ruszyć… Ogniska blask powoli blakł, jednak Piotrek T. nie dawał mu zgasnąć do samego końca, czuliśmy ciepły powiew nadchodzącej nocy (lub też komary, rozpoczynające swoje łowy), a Szef rozpoczął podsumowanie całego naszego wspólnego roku w klubie. A było co opowiadać… Zaśpiewaliśmy sobie jeszcze wspólnie „Balladę o św. Mikołaju” wzruszyliśmy nasze serducha (ja dostałem ikonę Mikołaja, będzie mi zawsze nas przypominać) i zakończyliśmy imprezę sprzątaniem i gaszeniem ogniska, które jednak nadal w nas płonęło…

 

PIĄTEK 24.06.2005      

Koniec (,który tak naprawdę nigdy nie nastąpi =P): Poszliśmy się pożegnać z rodzicami Madzi, i serdecznie im podziękować, (niestety pieska już nie zobaczyliśmy). Zadowoleni z całego minionego roku, nowych twarzy w klubie nowych cech i umiejętności, których dzięki niemu nabyliśmy. Przypominając wszystko to co zrobiliśmy(np. msza dla dzieci autystycznych), jak i to co można było zrobić chyba z trochę mieszanymi uczuciami (nikt nie chciał wracać) o północy wyruszyliśmy na Petrochemię, gdzie miał przyjechać nasz transport powrotny. Podczas czekania, aż rodzina przyjedzie nas odebrać (o ile przyjedzie), rozmawialiśmy jeszcze trochę (lub robiliśmy zdjęcia telefonem komórkowym ;)). W końcu przybyli po nas rodzice, krewni etc.(znając życie tak jak mnie przykatowując rozmową co i jak było) porozwozili nas do domów… A rano przyszliśmy niezbyt wyspani ale szczęśliwi na zakończenie roku szkolnego…

 

Kamul…

 

[Powrót]