Anna Gąska


       - Znalazłam dla nas hacjendę. Zbierajcie się.
Ligeja posłusznie zatrzymała ręką struny gitary i schowała ją do leżącego obok futerału z wrzuconymi przez nielicznych przechodniów monetami.
- Ruszcie się! - powtórzyła podekscytowana Anja.
Szłyśmy posłusznie za "wodzem" i właściwie nawet jakoś umknął mi cel do którego podążałyśmy. Pogoda była piękna. Ciepłe powietrze łagodnie pieściło nozdrza i po cichutku wołało: "upijaj się mną, upijaj do nieprzytomności." Spojrzałam na Ligeję. Z tą swoją gitarą wyglądała zupełnie jak Antonio Banderas z filmu "Desperado". Wędrowałyśmy uliczką wśród starych kamienic. Jedne rozpadały się już i wielkim ryzykiem było zbliżać się do nich, inne zaś nadal wyglądały bardzo ładnie, kryjąc w sobie tajemnice kilku pokoleń. Poza starymi murami świszczała pustka. Żadnych ludzi, może tylko nieliczni przechodnie skracający sobie drogę ze śródmieścia na obrzeż miasta. - To tutaj - rzekła Anja.
Przed prowizorycznymi drzwiami czekał już na nas Lipa. Przywitał się i dodał:
- Panie pozwolą, że oprowadzę - rzucił papierosa i przydeptał go wkręcając silnie stopę w bruk. Do kamienicy weszliśmy po trzech starych, murowanych stopniach.
- Naprzeciwko drugie wejście - przerwał ciszę Lipa - Zapraszam dalej.
Dreptałyśmy coraz wyżej po skrzypiących i uginających się od ciężaru naszych ciał drewnianych schodkach. Spróchniała barierka kołysała się przy każdym kroku. Pięliśmy się wyżej i wyżej. Na drugie, trzecie i w końcu czwarte piętro. Lipa zatrzymał się, spojrzał na nas bardzo poważnie, po czym otworzył drzwi do mieszkania. Weszłam pierwsza, bardzo nieufnie. Bo to zawsze jest tak, że kiedy już zaufam i czuję się pewnie, to właśnie wtedy zawodzę się. Więc może po prostu lepiej być nieufnym... Na podłodze położone były bardzo starannie deski, pochlapane gdzie niegdzie wapnem i zasypane tynkiem odpadającym z sufitu. Ze ścian spoglądały na nas łyse cegły. Czeka nas wiele pracy...
Mieszkanie wspólnie zostało uznane za nasze i nazwane "Hacjendą". Ligeja rozsiadła się na podłodze. Z torby wyciągnęła duży zeszyt z zapiskami, wyjęła ołówek i zaczęła coś szkicować - zapewne zabrała się do projektowania. Tysiąc pomysłów na minutę przestrzeliwało jej umysł wpadając i wypadając po chwili, bo nie nadążała uchwycić ich wszystkich w porę. Przerzucała nerwowo kartki i zapisywała kolejne z nich. Lipa spokojnie palił kolejnego papierosa, strącając popiół na podłogę. Kiedy już poczułam się pewnie, z ciekawością dziecka wyruszyłam odkrywać strych. Nie znalazłam tam nic oprócz wybrakowanej drabiny i wąskich drzwiczek na dach. Podskakując niezdarnie udało mi się otworzyć "drzwi do nieba". Stałam tak z głową zadartą w przestworza, wpatrując się w kosmos. Oto bramy do raju - pomyślałam sobie. Dopiero po jakimś czasie, kiedy już ostygłam z wrażenia, przyciągnęłam drabinę i wyszłam na świat: Słońce - drżące czerwone oko duszy i Niebo - widok ogromny. Z rany na zachodzie wypływała na miasto krew...

Usiadłam naprzeciwko wschodniego okna. Czerwień znowu zalała świat. Od wschodu zbliżała się noc. Napracowałam się dzisiaj. Z pomocą Lipy wyrwałam z okna drucianą siatkę. Potem zamocowaliśmy tam wykonane przez Ligeję rzymskie rolety. Dzisiaj nawet Duch zjawił się na swoim motocyklu. Faceci pomalowali nam sufit na jasny błękitny kolor, a Ligeja biegała z szerokim pędzlem i o ton ciemniejszą farbą, i nadawała niebu głębi. Bardzo mi się to spodobało. Ściany pomalowałyśmy na kremowo, a od dołu pomazałyśmy na zielono jako imitację dzikiej trawy. Z Ligeją wyszorowałam leśnym płynem podłogę. W tym samym czasie Anja z Lipą dźwigali starą kanapę. Tylko Duch gdzieś się zapodział. Później okazało się, że wyruszył na poszukiwanie mebli. Znalazł drewniany stół, kilka krzeseł i wielki fotel, na którym teraz siedzę. Po południu nastał bardzo rozrywkowy czas, bo wpadłyśmy na pomysł, żeby do naszej łąki domalować kilka kwiatków. Przechodząc niechcący maznęłam Anję, zostawiając na jej plecach krwawą ranę, niczym od postrzału.
- Majka! Ty poczwaro! - wykrzyknęła nie pozostając mi dłużna. Zanurzyła swój pędzel głęboko w puszce, po czym unosząc dłoń do góry ruszyła w moją stronę. Ligeją stojąca na linii ognia zdążyła skoczyć za kanapę, ale ja oczywiście zostałam ranna. W międzyczasie Ligeja skonstruowała bombę, zlewając resztki farby do foliowego worka. Nawet nie wiem kiedy i jak - bomba wybuchła. Poległyśmy. Leżałyśmy tak na leśnej podłodze. Wpatrywałam się w zadziwiające i pochłaniające mnie niebo. Trwało to piękną chwilę, w czasie której zdążyłam unieść się wysoko na anielskich skrzydłach i opaść z hukiem na skrzypiące deski. Nagle, w głębi błękitu przypomniała mi się opowieść:

- Nie ma prawdziwej miłości! - wykrzyknął przez zaciśnięte zęby dobrze zbudowany mężczyzna z pięścią podniesioną w powietrze. Dziki tłum zawył wściekle jak stado wygłodniałych hien.
- Jest - powiedziała chuda istotka stojąca pośrodku - Jest! - powtórzyła głośniej. Ludzie zamilkli. Wszystkie oczy zwróciły się w jej kierunku ze zdziwieniem i oburzeniem. Tak mówiła:
- Miłość jest taką, jaką ty ją uczynisz. Jeżeli jesteś prawdziwy, twoja miłość też będzie prawdziwa. Jeżeli jesteś szczery - i ona taka będzie. Ale w dzisiejszych czasach jest się z kimś, bo tak wypada, bo tak należy, bo do tego jest się przyzwyczajonym i głupio pojawić się wśród znajomych samemu. Dzisiaj nawet nasze pragnienia są złudzeniami. Bo nasze obecne pragnienia są nam wmówione, wbite do głowy na siłę jeszcze za dziecka. Jesteśmy ślepi, bo widzimy tylko to, co opowiedzą nam inni. Nikt już sam nie poznaje świata. Miłością zamiast drugiego człowieka obdarza internet, a telefon komórkowy kocha bardziej niż osobę, z którą się kontaktuje. Prawdziwa miłość jest, ale nikt jej nie szuka, bo za dużo wymaga, bo jest zbyt delikatna, a my nie lubimy, gdy się za dużo od nas wymaga, gdy coś jest delikatne, wrażliwe, piękne, bo pokazuje jak bardzo niedoskonali jesteśmy.
Dziki tłum zamieszał się, zaczął się rozchodzić i w końcu zniknął. Na środku placu stała ta chuda istotka w zielonym swetrze, a na jego brzegu - potężny facet. Patrzyła co zrobi. Cała drżała ze strachu. Spuścił głowę. Szary bruk nagle zakwitł.

Kiedy zjawiłam się wszyscy już na mnie czekali. Każdy na swoim nowym miejscu.
- No, nareszcie Maja. Co tak długo? - zapytała zniecierpliwiona Anja, stawiając na stole szklankę wypełnioną lodem - Premiera. Oto Iceland: rum, lemonka, mięta i lód. - wyrecytowała.
- Chyba lód, lemonka, mięta i rum - zażartowałam, bo naprawdę nie widziałam tam nic oprócz kostek lodu. A zapach przypominał raczej ogród cytrynowy niż napój marynarzy. Spróbowałam...
- Mmm... Pyszne! Wiesz, nie wygląda na taki rumowy... - zaśmiałam się - Przyniosłam kilka zdjęć, bo ściany jakieś takie gołe. I zaczęłam wyjmować z dużego tekturowego pudła fotografie oprawione w antyramy. Rozłożyłyśmy je na podłodze i od razu pokłóciłyśmy się, gdzie która ma wisieć. Przyniosłam też z wielką dokładnością wypisane na kartce słowa pewnego Wielkiego Człowieka: "BĄDŹ CZYSTY I PRAWY, NIE KŁAM, NIE KRĘĆ, NIE OSZUKUJ. POMÓŻ INNEMU, BO TO DA CI SIŁĘ, O KTÓRJ NIE MIAŁEŚ ŻADNEGO WYOBRAŻENIA". Jednogłośnie uznano, że powinny one wisieć w jakimś widocznym miejscu.
- Może nad drzwiami? - zaproponowałam. Obróciłam się w stronę drzwi i zobaczyła, że tam już coś wisi.
- Transzendieren - przeczytałam uważnie - Przekraczaj samego siebie - przetłumaczyłam. Wydłubane niezdarnie w starej drewnianej desce hasło wyglądało jak zaczarowane. Jakaś wielka energia i siła emanowały z tego zniszczonego czasem kawałka drzewa.
- To może naprzeciwko drzwi? - wpadła na pomysł Ligeja.
Oprawione w antyramę powiesiłam owe słowa Wielkiego Człowieka naprzeciwko drzwi, aby kto tylko wejdzie mógł je przeczytać.
Galeria zdjęć powiększała się z dnia na dzień, a pewnego razu zauważyłam także nabazgrane grubym flamastrem na ścianie: "Kochać tylko Boga, nienawidzić tylko siebie" B. Pascala. Później pojawiło się również: "Grzeszni liżą ziemię" także Pascala. Tutaj każdy, kto przyszedł mógł zostawić po sobie ślad. Podobało mi się to wieczne istnienie. Wieczne istnienie wiecznych ludzi.


Koło południa dołączyła do nas Anja. Usiadła na rogu stołu. Zamilkła na chwilę po moim pytaniu gdzie była jak jej nie było tutaj, po czym odrzekła:
- Spędziłam z Lipą noc w hotelu. Wyszłam kiedy jeszcze spał - mówiła spokojnym głosem.
Siedziałyśmy z Ligeją nie odzywając się. Chyba nawet obie przeczuwałyśmy, co się zaraz będzie działo. Sączyłyśmy niespokojnie sok pomarańczowy z miodem i wódką, kiedy na schody ktoś wbiegł szybkim krokiem. Po chwili drzwi gwałtownie otworzyły się.
- Dlaczego to zrobiłaś? - zapytał wchodząc zdyszany Lipa. Razem z Ligeją posłusznie wyszłyśmy na dach, ale tam i tak wszystko było słychać.
- Dlaczego to zrobiłaś? - powtórzył rozwścieczony
- Przecież tego chciałeś - odpowiedziała spokojnie Anja, przeglądając strona po stronie jakąś starą książkę.
- A od kiedy to robisz czego ja chcę? - wycedził z ironią przez zęby. Był wściekły, bo Anja pierwszy raz nie potraktowała go poważnie uciekając nad ranem. Był wściekły, bo teraz zamiast odpowiadać na jego pytania ignorowała go, jak gówniarza, przeglądając spokojnie rozlatującą się i zapewne nudną książkę. Spojrzał na nią tak pogardliwie, jak patrzy się na prostytutkę. Zmarszczone brwi zbliżyły się jedna do drugiej, łącząc się w gniewie. Anja z hukiem rzuciła książkę na podłogę i wybuchnęła zaciskając mocno pięści:
- Chciałam, żebyś był na mnie wściekły, żebyś mnie chociaż znienawidził - jego brwi rozdzieliły się i każda powolnie powróciła na swoje miejsce - Bo nigdy nie wiem kim dla ciebie jestem! - wykrzyczała ze łzami w oczach - Jedno słowo... Czy to tak dużo?
Jej pięści rozluźniły się. Wyciągnęła mocno palce, odetchnęła głęboko, prostując się. Powolnym krokiem podeszła do okna i uderzyła dłonią o ramę. Stare deski zatrzeszczały. Zatrzeszczała też kanapa, bo Lipa wygiął się nienaturalnie, aby z kieszeni spodni wyjąć zapalniczkę. Odpalił papierosa i zaciągnął się głęboko dymem.
Stałyśmy z Ligeją na dachu, oparte o krzywy komin. Z rękami w kieszeniach. Ze spuszczonymi głowami. Próbowałyśmy tego nie słyszeć, nie słuchać. A teraz w końcu zapanowała cisza. Tylko biała mewa zapiszczała wysoko nad głowami. Mówi się, że od miłości tylko krok do nienawiści. Miłość jest więc wielkim, nieogarnionym ryzykiem, balansowaniem na granicy, na cienkiej linie zawieszonej wysoko nad przepaścią. Miłość i nienawiść - kochankowie odwieczni, niczym życie i śmierć, dobro i zło, ja i Ty, R.
Nienawidzę, kiedy Ciebie nie ma i nienawidzę, kiedy przy mnie jesteś, a jednocześnie uwielbiam, gdy mnie dotykasz i całujesz. Nienawidzę, kiedy się nie odzywasz i nienawidzę, kiedy mówisz cały czas, a jednocześnie uwielbiam Cię słuchać. I nienawidzę, gdy Ty mnie nie słuchasz, nienawidzę, gdy przysłuchujesz mi się uważnie, a jednocześnie uwielbiam rozmowy z Tobą. Nienawidzę, kiedy omijasz mnie wzrokiem i nienawidzę, kiedy patrzysz na mnie, a jednocześnie uwielbiam, gdy mi się przyglądasz. Nienawidzę, gdy mnie pouczasz i nienawidzę, gdy nie zwracasz uwagi na moją bylejakość, a jednocześnie cenię Twoje spostrzeżenia, tak ważne jest Twoje zdanie. Nienawidzę, gdy mnie rozbierasz w pośpiechu i nienawidzę, gdy spacerujesz spokojnie z ustami w moją stronę, a jednocześnie uwielbiam ten strach. Nienawidzę Cię i kocham Cię tak bardzo jednocześnie. I nie wiem, co jest silniejsze...


Jeszcze tego samego wieczoru słyszałam pijaną Anję:
- Nie potrzebny mi smutek z twojego powodu. Nie potrzebna mi moja złość. Idź sobie! Nie potrzebny mi mój wstyd, że znów za tobą tęsknię... A ja tak bardzo nienawidzę, kiedy mi ciebie brakuje, bo wtedy wiem, że cię kocham... Kochaj mnie...
Półleżała w fotelu, w jednej ręce trzymając prawie pustą już butelkę cytrynowej nalewki, a w drugiej małą, opróżnioną szklankę. Nie zauważyła nawet kiedy weszłam. Nie płakała. Milcząco wstała i postawiła butelkę na ramie okna. Zachwiała się, ale szybko stanęła równo na nogach. Wyciągnęła rękę trzymającą szklankę daleko przed siebie, zmrużyła oczy i upuściła ją. Szklanka rozbiła się. Delikatnie przydeptała kawałki wsłuchując się w dźwięk pękających odłamków, po czym zdjęła buty ze stóp. Stanęła z boku ze spuszczoną głową, jakby kłócąc się jeszcze z samą sobą o słuszność pomysłu. Jedną stopę zbliżyła do szkła wahając się. Postawiła ją. Oderwała od ziemi drugą i natychmiast dołączyła do pierwszej, wydając z siebie cichy odgłos bólu. Zupełnie spokojnie jednak uczyniła krok do przodu i zeszła na podłogę. Na odłamkach szkła widziałam krew. Anja stała nieruchomo patrząc na wprost, przez okno. Po chwili nalała sobie kieliszek wódki i patrząc na pozostałe butelki zaczęła:
- Pamiętasz tamten most, który mi kiedyś narysował? Powiedział, że jeśli runie jeden filar, to cały most i tak ustoi. Uwierzyłam. A okazuje się, że miłość jest taka krucha i delikatna, że właściwie zastanawiam się czy należy ją pielęgnować. Bo przecież wystarczy tylko tknąć, a rozsypie się w pył, nie w proch. I wiesz, obawiam się, że ilość oddanych ludzi na tym świecie jest bardzo ograniczona. A może za dużo wymagam? Może nic nie widzę? Przestałam już mieć marzenia - wyszeptała na koniec.
- Kiedy przestajesz mieć marzenia zaczynasz umierać - powiedziałam
- Majka, zostaw mnie już. Chcę być sama. Zupełnie sama - mówiła coraz ciszej - I nie myśleć o niczym. Zatracić uczucia...
Pogrążyć się...
I znowu zawędrowałam na dach. Wspierając o komin bolące plecy sprawdzałam czy żyję, czy może już tylko oddycham...


Na stole czekały już na nas szklanki z niebieskim płynem. Niepewnie spróbowałam. Bałam się jej eksperymentów. Anja zawsze w ukryciu przygotowywała te drinki, a że szalona - to jej nie ufałam.
- Niebieska Pepsi, niebieska wódka, cytrynka i dużo lodu - próbowałam odkryć skład
- Pij, jak ci dają - zażartowała Ligeja.
W milczeniu sączyłyśmy Kamikadze, bujając w obłokach i drepcząc niezdarnie po ziemi, zaczepiając gołymi palcami stóp o ostre kamienie, potykając się co krok i zaciskając zęby z bólu, żeby tylko nie uronić łezki. Kiedy zobaczyłam dno szklanki moje ciało zupełnie zwiotczało. Osunęłam się na podłogę.
- Majka, dobrze się czujesz? - zapytała mnie całkiem obojętnie i bez większego przejęcia Anja.
- Czuję się jak... jak wiatr - a po krótkie chwili dodałam - Kamikadze...
Leżałam tak widząc jedynie dwie głowy wsparte o blat stołu. A kiedy z wielkim wysiłkiem przekręciłam się w stronę okna spostrzegłam dwa księżyce. Stały blisko siebie. Jakby połączone. I gwiazdy niczym rozrzucone korale... Podobno pewien naukowiec uparł się i policzył gwiazdy. Okazało się, że jest ich więcej niż ziarenek piasku na wszystkich plażach i pustyniach świata. Musiał być uparty ten naukowiec...
Czułam bardzo dobrze moment, w którym moja dusza udawała się na wędrówkę w noc, w ciemność. Wychodziła delikatnie z ciała, muskając je swoim jedwabiem. Długie ogony mlecznej sukni sunęły po podłodze szumiąc niczym zdradliwy wicher. Najpierw głośno, a potem ciszej, ciszej, ciszej... Oglądała się tylko co chwilę czy może już odejść. Niebieskie łzy płynęły po mojej twarzy. Tak bardzo niebieskie...

W wolnych chwilach, których wiele siedziałam i pisałam list do R. :
Kochany,
Pamiętam dzień, w którym przypadkiem zobaczyłeś moje zdjęcie. Wiem, że spodobałam Ci się. Pamiętam jak poznałam Ciebie. Stanąłeś naprzeciwko, a ja zamiast powiedzieć moje imię, wyciągnęłam rękę i złożyłam Ci życzenia, bo to Twoje urodziny były. A Ty zamiast powiedzieć swoje imię, podziękowałeś i pocałowałeś mnie trzy razy. I pamiętam dobrze, jak wszyscy wyszli z pokoju i zostaliśmy sami: Ty na łóżku w jednym kącie pokoju, a ja w przeciwnym kącie, na podłodze. Zapaliłeś papierosa, tajemniczo zniknąłeś w dymie i po chwili zacząłeś mówić. Tak bardzo mi się spodobało, to, w jaki sposób mówisz i to, co mówisz, że od tamtej pory moim marzeniem było posłuchać Cię choćby chwilkę. Spotkaliśmy się pewnego wieczoru. Byłam wtedy z kolegą. Ale Ty pomyślałeś, że to coś innego niż zwykła przyjaźń. Chyba tylko raz odezwałeś się do mnie. Nie zapomnę Twojego spojrzenia, kiedy przyszliśmy do stolika trzymając się za ręce, a tam po prostu było dużo ludzi i nie chciałam się zgubić. A potem tańczyliśmy razem i nie mogłam nacieszyć się Twoimi ramionami. Tak bardzo mi się podobały...
Zawsze starałam się traktować Cię jak przyjaciela, ale to stało się bardzo trudne po ognisku w lesie. Siedzieliśmy, rozmawialiśmy i śmialiśmy się. Pamiętam dokładnie tę chwilę, kiedy spojrzałeś mi prosto w oczy. Poczułam to spojrzenie w najmniejszych palcach u stóp, przeżyłam wewnętrzne trzęsienie ziemi. I właściwie nie wiedziałam, czy mam się Ciebie bać, czy ufać Ci jak do tej pory. Zaufałam.
Potem długo się nie widzieliśmy. Ja chciałam wszystko sobie poukładać, chyba nawet zapomnieć o Tobie, wyleczyć depresję. Pamiętasz jak przyjechałeś, żeby pójść do kina? Spotkaliśmy się na ulicy i ja odprowadziłam Cię. Do domu przyszłam z wielkim uśmiechem na buzi. Nie mogłam przestać myśleć o Tobie. W nocy prawie nie spałam. Następny dzień spędziłam szukając swojego miejsca w zimowym jeszcze lesie. Po kilku godzinach błądzenia uświadomiłam sobie: zakochałam się. Jak to się mogło stać? Przecież byłam taka ostrożna.
Nigdy nie umiałam wyobrazić sobie nas razem. Marzenia czasem porywały mnie gdzieś daleko, ale to wszystko było takie niemożliwe. Po jakimś czasie chciałeś się ze mną spotkać. Przez kilka dni intensywnie myślałam, co takiego przeskrobałam i za co mi się oberwie. Nic nie wymyśliłam więc dałam sobie spokój. I znowu odłożyłam Cię na najwyższą półkę z niespełnionymi marzeniami. Zadzwoniłeś wieczorem i powiedziałeś, że nie wiesz czy będziesz tak, jak się umówiliśmy. Powiedziałam, że zależy mi na tym, a Ty zapytałeś jakby z niedowierzaniem: "Naprawdę?" I spotkaliśmy się. Obciąłeś długie włosy, zdjąłeś kolczyki i czarne ciuchy. Stałeś się trochę obcym dla mnie. W końcu zostaliśmy sami. Usiadłeś blisko mnie i popatrzyłeś na mnie dokładnie tak samo, jak wtedy na ognisku. Już wiedziałam, że Ty to ten sam dobry człowiek sprzed lat, ten tajemniczy i przez nikogo nie odkryty - moje marzenie. Objąłeś mnie, a ja dotknęła Twoich króciutkich włosów - już nie zaplątywały się we wszystko. Delikatnie położyłeś swoje usta na moich. Z oczu popłynęły mi łzy, ale Ty ich nie widziałeś, bo nie chciałam, żebyś widział. To była najszczęśliwsza chwila w moim życiu. Poczułam, że to, co nierealne, niemożliwe może stać się. Pamiętam, jak później przyjechałeś do mnie. Poszliśmy na stancję, a gdy zostaliśmy sami... zgasło światło. A pamiętasz jak spotkaliśmy Babcię? Powiedziała, że tak ładnie wyglądamy, że ktoś powinien nam zrobić zdjęcie. Jesienią zdałam prawko, a Ty obiecałeś, że mi motocykl kupisz. A po drzewach wiewiórki skakały. Poszliśmy do księgarni poczytać książki i chyba tylko Kamasutrę przeoczyliśmy.
Kochany mój, nie wyślę Ci tego listu. Schowam go gdzieś. Niech czeka na lepsze czasy.
Twoja Maja.



Spałam już, przykryta przez kogoś kocem, w fotelu ustawionym przodem do okna, kiedy usłyszałam cichutką rozmowę: - Chcę zobaczyć ciebie prawdziwego, twoją najciemniejszą stronę, twarz, którą tak jak księżyc masz zawsze zakrytą. Czasami czuję, że się ukrywasz. Znikasz gdzieś na całe godziny. Pozwól mi odkryć cię, odczytać twoje wnętrze. Pozwól mi nawet kochać ciebie mniej, ja i tak zostanę przy tobie - mówiła Ligeja.
Duch ufnie opowiedział jej o swoich uczuciach bardzo spokojnym i opanowanym głosem. Z jego oczu potoczyły się ciężkie łzy. Jednym palcem dotknęła jego brody i odwróciła jego głowę w swoją stronę. Patrzyli na siebie, jakby widzieli się pierwszy raz, jakby próbowali nauczyć się swoich twarzy na pamięć. Ligeja pocałowała łzę na jednym policzku, potem na drugim. Równocześnie wyszeptali do siebie "kocham cię", zaśmiali się i zaczęli delikatnie całować.
Jeżeli tak się dzieje mogę spać spokojnie dalej. Na pewno nie będę im do niczego potrzebna. Przypomniała mi się tylko zagadka A. Einsteina: człowiek, który ożeniwszy się z niezbyt urodziwą kobietą, na pytanie, czy jest szczęśliwy odpowiada: "Gdybym musiał powiedzieć prawdę musiałbym skłamać". I jak to możliwe?
Dzisiaj moją modlitwę podarowuję Ci Boże:
Tak trudno jest mi zaufać Tobie, który jesteś tak bardzo blisko mnie. Nie możesz mnie przytulić, pocieszyć. Wiem, że jesteś. Czuję to. A może po prostu za dużo wymagam? Wierzę, ale nie umiem ufać. Mam wiarę, brak mi nadziei. O nadzieję dzisiaj proszę, Panie. Żebyś nie był tylko obrazkiem na ścianie albo krzyżykiem na wykręconej, wykrzywionej w grymasie szyi. Bądź moim Panem, Mistrzem, Nauczycielem, Przyjacielem. Moja dusza leży wijąc się z bólu, skulona, rzucona w kąt jak nadgryzione, zbyt kwaśne jabłko. Boleśnie w samotności woła, płacze, krzyczy: przyjdź.


Tej nocy przebudził mnie głośny ryk silnika pod oknem. Odwróciłam się obojętnie na drugi bok i szybko znowu usnęłam. Cichutko przyszedłeś, wkradłeś się pod mój koc. Poznałam Cię po zapachu perfum, po pocałunku poznałam Ciebie. - Jak do mnie trafiłeś? - zapytałam - Bo wszyscy inni mnie wygonili, a ty mnie zawsze przyjmiesz - odpowiedziałeś całując. I trwaliśmy tak splątani ciałami, rękami, językami. Jak dwa drzewa w starym lesie. Objąłeś mnie mocno, lecz już po chwili Twój uścisk rozluźnił się. W świetle księżyca ujrzałam: śpisz. Jeszcze jeden pocałunek spoczął na Twojej twarzy. Śpij słodko kochany.

Rano zapakowałeś mnie na motocykl i wyruszyliśmy przed siebie. Tam, nad Wisłą, co cienką kreską na widnokręgu z Hacjendy, zatrzymywaliśmy sekundy, chwytając za grzywy niczym dzikie konie, aby jak najdłużej trwać i jak najmocniej żyć. Wolni bez końca. Przyglądałam Ci się uważnie. Nie dostrzegłam żadnej, nawet najmniejszej zmiany w Tobie. Oczy wciąż tak samo zielone. W oczy Twoje zaglądać dniami. Usta zielone całować nocami. We włosy, co jak trawa, wplatać palce ze złota, aby dorzucić kwiatów do tej łąki cudownej. I tak wiecznie. Przez życie piechotą, nogami.

Kim jesteś? Ja pytam, Ty milczysz. Jak potok górski - szmerem Życie przemawia przez Ciebie. Ty milczysz. Cisza karmi nasze uszy, a głowy jak dwa księżyce, słońca nocy - rozkochane, zakochane, zapatrzone w siebie. W milczeniu mnie topisz. Kim jesteś? - pytam, że odważasz się na to. Kim jesteś? Ty milczysz...


[ powrót ]